NOWY ADRES BLOGA!

http://witajslonce.pl !

Od półtora miesiąca nabieram wprawy w przenoszeniu swoich manatków z miejsca w miejsce. Przeprowadziłam się w tym czasie trzy razy, z Polesia na Bałuty, później z Bałut na Widzew, później z Widzewa na Polesie, więc jeszcze tak przy okazji, skoro już jestem na nogach, postanowiłam jeszcze przeprowadzić bloga.

Założyłam go najpierw na wordpress.com, bo to szybkie i proste, a chciałam zobaczyć, jak będzie mi się go pisać. Pisałam już kilka blogów i zdecydowanie założenie bloga jest prostsze, niż jego późniejsze prowadzenie:) Okazało się, że dawno nic nie dało mi takiej frajdy, jak tworzenie notek i zdjęć po to by je tu zamieścić, więc sprawa jest prosta.

Parę udogodnień:

– Nie trzeba już wysilać palca na scrollu od myszki. Wpisy występują w skróconej wersji, i w ogóle postarałam się jak mogłam, żeby ułatwić nawigację. Jeśli ktoś ma jeszcze jakieś pomysły czy sugestie, to chętnie wezmę je pod uwagę.
– Komentarze dodawane za pomocą Disqusa. Jeśli komentowałeś/aś kiedykolwiek jakiegokolwiek bloga, to niewykluczone, że już masz tam konto. Jest bardzo praktyczne, bo dzięki temu można śledzić swoje komentarze i rozpoczęte dyskusje we wszystkich serwisach, które tego używają. Można też nigdzie się nie logować i komentować anonimowo. Żaden problem jak dla mnie.
– Dostosowanie dla smartfonów, tabletów itd, żebyś mógł też poczytać w pociągu lub na plaży:)

Kombinowanie przy szablonie, w którym poza samym szkieletem wszystko chciałam pozmieniać, było dla mnie przy okazji solidną dawką podstaw PHP i stylów CSS. Ponieważ jestem zupełnie zielona w temacie programowania, a jedyne moje doświadczenie to dłubanie w html w poprzednich blogach, no, jeszcze rysowanie kresek na ekranie za pomocą żółwika LOGO za czasów komputerów ośmiobitowych, to jestem na maksa dumna z efektu. Oczywiście z czasem wszystko będzie wyglądać coraz lepiej, w miarę jak będę się tego uczyć albo dorobię się pomocy technicznej.

Jeżeli chodzi o obecny adres, to nie będę już tu nic więcej dodawać.

Mam nadzieję, że się Wam spodoba nowa odsłona 🙂 Zapraszam serdecznie.

http://witajslonce.pl 🙂

Zostań śniadaniowym ninją

Tę  notkę napisałam już jakiś czas temu, kiedy zachciało mi się podzielić ze światem wiedzą, co wymyślić na śniadanie bez chleba. Zawieruszyła mi się, a teraz się odnalazła, więc czytaj na zdrowie.

Zrobić śniadanie z chlebem to żadna filozofia. W sklepach mają tak bogaty wybór dodatków, że moglibyśmy jeść je jeden za drugim przez cały czas i prędzej wypadłyby nam wszystkie zęby od nieustannego żucia, niż skończyłyby się produkty do testowania. I to nawet, jeśli odejmiemy od tego bogaty wybór pysznych past warzywnych, twarożków i jajecznic, do których jednak jakaś tam jedna pajda z masłem nie byłaby od rzeczy.

Chodzi o to, że mnie się nie chce tak codziennie jeść tego chleba. Kalendarz księżycowy mi pokazuje dzień bez chleba. Niby może pokazywać, co chce, ale taki chleb to w sumie mąka,  często jeszcze do tego biała, zasadniczo nic wow super hiper, a jeżeli nie robimy go sami, to więcej niż pewne, że kryje się tam jakaś dziwna domieszka. Niektóre z tych kupnych chlebów smakują, jakby zawierały co najmniej pół kilo cementu i 3/4 tablicy Mendelejewa. Po drugie chleb to schemat, coś, co się je, bo tak, bo od zarania dziejów się tak robi i już, a to budzi chęć przełamania schematu, ot tak, żeby zobaczyć, co jest jeszcze do wyboru, czy na pewno nic mnie nie omija.

No, tylko co można takiego zjeść na śniadanie, spiesząc się do pracy, jedną ręką malując oko, a drugą ubierając dziecko albo szukając czystych gaci? Toż to pewnie masa roboty, cudowanie, a kanapeczki pyk pyk i są.

Może jednak można wymyślić coś ciekawego i szybkiego, na przykład:

  • Owsianka na mleku kokosowym z wiórkami i bananem
  • Kasza jaglana z kakao i daktylami
  • Ryż na mleku z wanilią i truskawkami
  • Płatki jęczmienne z masłem orzechowym i siekanymi orzechami

I tak dalej… Uwierzycie, że to nie wymaga nadludzkiego wysiłku i wystarczy 15 minut? A do tego jeszcze wszystkie są według jednego przepisu, więc jak zrobisz jeden, to już umiesz wszystkie.
Nie wszyscy lubią słodkie śniadania, bo jest tam cukier, ja staram się unikać tego białego, słodzę miodem albo daktylami, można ksylitolem (brzmi jak odmiana azbestu), można stewią, albo nawet niczym, to nie ma być deser, a sam cukier z owoców, które za chwilę dodamy, niektórym już wystarczy. Podobno to kwestia przyzwyczajenia. A chyba skoro można się przyzwyczaić do opcji niejadania nadmiaru białego cukru, który w niczym nie pomaga a za to szkodzi, to jest to opcja godna przemyślenia.

Bierzemy więc:

  • produkt sypki typu płatki owsiane czy jęczmienne, grysik, manna, kasza jaglana itd. Zobacz najpierw, ile to się gotuje, bo na płatki nie potrzebujesz czasu prawie wcale, podczas gdy na kaszę jaglaną przyda się jednak parę minut.
  • coś, w czym to ugotujemy i nie chodzi o garnek. Na przykład mleko, mleko sojowe, kokosowe, migdałowe lub po prostu wodę. Woda z kapką mleka jest równie dobra. Mleko kokosowe = błogość.
  • jakiś owoc, który najlepiej będzie smakował, jeśli dodamy go na końcu, na surowo. Czyli wszelkie jabłka, banany, truskawki, pomarańcze, śliwki itd, co akurat jest na straganie.
  • teraz coś super: dodatki. Ja odkąd czaruję z tymi owsiankami, zawsze mam w domu rodzynki, daktyle, pestki słonecznika, dyni, siekane orzechy, wiórki kokosowe, mogą też być suszone banany, morele, żurawina, dosłownie wszystko, co nam się spodoba na dziale z bakaliami.
  • przyprawy, które dodadzą charakteru, nie zaszkodzi coś korzennego, nawet przyprawa do piernika nieźle wypada, ja polecam cynamon, kakao, imbir, może być masło orzechowe (to słone, bez czekolady), może być czekolada, skórka pomarańczowa i cytrynowa (polecam świeżo starte) dobra jest wanilia, kardamon itd.

W tej potrawie najlepsze jest to, że im więcej wariantów się wypróbowało, tym więcej nowych propozycji następnych kombinacji przychodzi do głowy. Wiele razy spadały nam kapcie, gdy próbowaliśmy kolejnej improwizacji. Szczególnie polecam zestaw z kokosem i bananem, mogę to jeść bez końca, warto też mieć daktyle, są naturalnym słodzikiem.

Robi się to tak:

  1. Dzień wcześniej bierzemy sypki składnik, jaki tam wybraliśmy – na przykład płatki owsiane – i sypiemy do jakiegoś naczynia typu miseczka czy garnuszek tyle, żeby wystarczyło. Na jedną osobę około pół szklanki płatków. Zalewamy wodą na noc lub przynajmniej na jakieś pół godzinki przed gotowaniem. To taki magiczny trik. Dzięki temu rano będziemy krócej to gotować. Ma być tyle wody, żeby przykryło, ale żeby nie pływało.
  2. Rano wlewamy do garnka z pół szklanki mleka, wody lub mleka z wodą i zagotowujemy. W trakcie dalszego przygotowywania patrzymy, czy płynu nie zrobiło się za mało, bo może trzeba będzie jeszcze dodać, a może nie. ja najbardziej lubię, żeby ta owsianka jednak miała trochę zdecydowania w sobie, nie lejąca zupa mleczna, tylko taki gęsty budyń. I dobrze doprawiony.
  3. Wrzucamy do tego nasze płatki czy kaszę. Zmniejszamy ogień i często mieszamy, podczas gdy nasze śniadanko wesoło się pyrta i wypełnia kuchnię pięknym śniadaniowym aromatem. Ile ma się gotować – to już zależy, co wrzuciliśmy, ale jeśli jest to owsianka po porządnym namoczeniu, to dosłownie wystarczy minuta. Pamiętaj, żeby kasze i ryże gotować dłużej – najlepiej tyle, ile jest napisane na opakowaniu albo w internecie i jeszcze na koniec dać im odpocząć parę minut pod przykryciem, żeby wciągnęły resztę płynu. Praktyka czyni mistrza.
  4. Podczas gdy się gotuje, dorzucamy też bakalie. Jeśli dodamy je wcześniej, może z nich wiele nie zostać, ale wzbogacą smak potrawy, jeśli później, będzie na czym ząb zawiesić. Kwestia gustu. Tak samo jak cała reszta tej potrawy, dlatego warto popróbować, porobić kilka swoich wersji, bo na pewno szybko znajdzie się jakiś rewelacyjny, wymarzony wariant, przywodzący na myśl wakacje w tropikach.
  5. Na koniec oczywiście dodajemy owoce pokrojone w drobne kawałeczki, czyli w przypadku tych kokosowych płatków owsianych genialny jest banan, przychodzi mi do głowy też ananas, można by spróbować. Pinacolada na śniadanie i jeszcze jaka zdrowa.

Całość długo się może czyta, ale nie zajmie więcej niż wrzucenie płatków i bakalii do garnka, zamieszanie parę razy i pokrojenie owoców. Na serio, wszystko zależy od tego, co masz w lodówce. Jak masz tam tylko puszkę z pasztetem i stary dżem, to wiele nie wymyślisz, więc zrób sobie listę zakupów i jedziesz z tematem. Pamiętaj też, żeby się przyłożyć. Trywialna rada, ale naprawdę włożenie serca odróżnia standardowe normalne śniadanie od superzajebistego porannego rytuału. Przygotowując jedzenie możesz myśleć, jakie ono jest dobre, zdrowe, jak ładnie wygląda i jak zaraz będzie Ci smakowało. Wrzuć sobie tam garść więcej tych dodatków, które najbardziej lubisz, a których nigdy nie dajesz, bo są drogie. Spraw sobie taką poranną przyjemność, skoro i tak już musisz coś zjeść, bo musisz, jeśli nie chcesz stać się zombiakiem. I jeszcze coś: nie zaczynaj dnia od chaotycznej bieganiny i robienia jednocześnie dziesięciu rzeczy. Niech Twoje śniadanie będzie chwilą spokoju, takim jakby momentem na zebranie myśli i wzięcie rozpędu przed aktywnym dniem. Jedz i nie rób nic poza jedzeniem, bez pośpiechu, bez patrzenia jednym okiem w TV, a drugim w gazetę. Lepiej się strawi, składniki lepiej się wchłoną, a Ty będziesz cieszyć się przez cały dzień lepszym samopoczuciem. (Chyba, że wyjdziesz na dwór, a tam samochód ci nie odpali, jesteś spóźniona i pada, jeszcze zadzwonił szef i drze japę. Ale przynajmniej śniadanie było dobre, więc nie jest źle;))

IMG_0238

IMG_0039

Smacznego:)

 

Jak robiłam wielkie oczyszczanie organizmu

Dzisiejszy wpis to raczej anegdota, lub coś dla ciekawskich, najlepiej takich, którzy poszukują w googlach czegoś na temat oczyszczania organizmu kaszą jaglaną. Postanowiłam bowiem oczyścić swój organizm ze zbędnych toksyn. Wiadomo, tych nigdy nie brakuje, a jak się już oczyszczę, myślałam, z tych wszystkich pozostałości lat hedonizmu, to będzie dopiero fantastycznie, zupełnie, jakbym sobie zainstalowała nowy system na kompie.

Kaszę jaglaną bardzo lubię, dlatego wybrałam monodietę jaglaną, czyli jakby ktoś nie wiedział, jedzenie tylko kaszy przez trzy dni. A to wcale nie takie hop siup zrobić sobie monodietę w moim przypadku. Ja z tych, co lubią mieć menu ułożone na tydzień w przód, żeby zawczasu kupić sobie wszystkie liczne wydziwnione składniki, co drugi dzień biorę obiad do pracy, bo zaraz po pracy joga, do tego obowiązkowo trzeba tak wymierzyć, żeby nic się nie zmarnowało. Moje żywienie to prawdziwa operacja logistyczna. Dlatego z zamiarem tej monodiety nosiłam się prawdę powiedziawszy chyba od trzech miesięcy. Odkąd zaczęła się wiosna, mnie nie udawało się dogadać z samą sobą i innymi żywiącymi się wraz ze mną człowiekami i ludziami, żeby zrobić sobie trzy dni diety. Nigdy na żadnej zresztą nie byłam, chyba, że mówimy o zwyczajnej diecie polegającej na tym, że się nie jada w Macu.

Tym razem okazja była idealna, Wojna wyjechał delegacyjnie, ja zostałam sama, pracować akurat mogę w domu, lodówka prawie pusta, zresztą dla samej jednej siebie to i tak mi się nie chce pichtać. Robimy oczyszczanie. Przygotowywać się do tego jakoś specjalnie nie musiałam, bo raczej nie jem śmieci tak czy siak, to znaczy na pewno zależy to od stadium zdrowego żywienia, bo na przykład nie dalej jak wczoraj wyczytałam, że olej lniany jest niezdrowy i dla kogoś to też może być śmieć, a ja go jadłam w pysznym twarożku ze startą rzodkiewką. Twarożek to też śmieć dla niektórych, bo nabiał. Pewnego dnia z tego wszystkiego zrezygnuję, ale jeszcze nie teraz. Omnomnom.

Zaczęłam rano od jaglanki ugotowanej z odrobiną soli. Często jem jagiełki na śniadanie w najróżniejszej formie, do czego nie omieszkam jeszcze powrócić w następnych wpisach. Dlatego aż tak bardzo mi to nie przeszkadzało. No, jakieś szczególne niebo w gębie to nie było, ale czego się nie robi dla oczyszczania. Za to nie mogłam znieść braku kawy. Zanotowano – zwyczaj do wymiany. Po tym śniadaniu byłam jakaś taka niedojedzona, chociaż nie mogłam już w siebie wepchnąć tej kaszy i jadłam ją na raty. Energii na cały dzień to śniadanie dodało mi tyle, co kot napłakał. Dobrze, że nie musiałam się przemęczać z pracą, bo byłam od tego bardzo daleka.

Koło południa dotarło do mnie, że zaraz wykituję, a jeszcze podobno trzy dni przede mną. Znów byłam głodna, więc pora na drugie śniadanie – kolejną porcję kaszy. Znalazłam jakąś ziołową herbatkę i wspomogłam się nią, ale niewiele mi to dało. Oczywiście ironia losu sprawiła, że cały dom zwrócił się przeciwko mnie, wcześniej tego dnia podczas gotowania kaszy prysnęłam sobie na rękę wrzątkiem, uderzyłam się też w nogę podczas ścielenia łóżka, włączyłam sobie omyłkowo lodowatą wodę pod prysznicem itd. Konsekwentnie otoczenie dążyło do podkopania mojego optymizmu. Z moich super ambitnych planów powoli zaczęło wychodzić wielkie nic (nie napiszę, co wielkiego moim zdaniem zaczęło wychodzić z planów, bo mogę być posądzona o bycie wulgarną).

Kolejną, popołudniową porcyjkę umiliłam sobie więc łyżeczką masła fistaszkowego. Była na pewno smaczniejsza niż poprzednie, chociaż nie wiem, czy całej diety właśnie diabli nie wzięli, ale naprawdę było to jedyne wyjście.

Do tej pory zaczęłam już stawać się stworzonkiem. Jest to taki mój charakterystyczny stan, w którym z dorosłej, ogarniętej babki staję się dwucentymetrowym stworzonkiem podobnym do zabiedzonego smerfika albo innej zmokłej kury, która chowa się w najciemniejszy kąt i nie wyściubia stamtąd nosa, dopóki to nie przejdzie. Zdarza mi się to praktycznie tylko w sytuacjach kryzysowych, więc nie przepełniło mnie zbytnią radością, swoją drogą patrzcie, jaka ekspresowa reakcja organizmu na trzy miski kaszy jaglanej, myślałby kto, że od miesięcy poszczę o chlebie i wodzie. Jakiegoś wyjątkowego hartu ducha to ja nie mam. W żołądku było mi fajnie i lekko, ale to chyba tyle, jeśli chodzi o plusy.  A jednocześnie na komputerze zaczęły mi same wyskakiwać przepisy na to, na tamto, na sernik z nerkowców z figami i na pieczone truskawki, zaczęłam się ślinić jak pies Pawłowa, a zza ściany dla urozmaicenia dobiegł mnie zapach pysznego i niewątpliwie smażonego obiadku.
Następną porcję zjadłam z bananem i łyżeczką miodu. Banany chyba też działają oczyszczająco. Trochę mi dodał animuszu ten banan, ale i tak moja głowa ważyła tysiąc kilo, najchętniej bym się położyła i przespała resztę dnia. Wraz z tą refleksją dotarło do mnie, że jest osiemnasta, a ja prawie nic dzisiaj nie zrobiłam, podczas gdy naprawdę miałam co robić. Zupełnie jakby dopadł mnie jakiś kac. Pewnie to ten sławetny kryzys ozdrowieńczy:P, ale miałam to gdzieś. Tak mi szkoda było tego pięknego dnia, że postanowiłam iść chociaż na spacer. Trochę mi się kręciło w głowie, ale iść jeszcze mogłam 🙂

Efekt tego wszystkiego był taki, że podczas spaceru trafiłam do Biedronki, gdzie w moje ręce dosłownie wbrew mojej woli trafił pierwszy od chyba pół roku batonik z czekoladą, a na kolację najadłam się kanapek z pomidorkiem, najlepszym, jakiego jadłam. Z każdym kęsem wracało mi życie. Przestałam nawet zachowywać się jak księżniczka na ziarnku grochu. Stworzonko poszło tam, dokąd chodzą stworzonka, a ja mogłam już przestać się zastanawiać, jakim cudem nazajutrz wstanę z łóżka, bo kolejnego dnia poświęcić już nie mogłam.

Nie wiem, o co chodzi z tą kaszą, może jakiś dietetyk by mi to sprawnie wytłumaczył. Czy mogło mieć to znaczenie, że jeszcze nie do końca wróciłam do siebie psychicznie po tym całym remoncie i cóż, łatwo u mnie ostatnio o rozchwianie? Czy może przed przejściem na wszelkie diety najpierw powinnam odstawić kawę, bo chyba jej brak odczułam najdotkliwiej? Czy to zawsze tak działa, że błyskawicznie ciało przełącza się w tryb oszczędzania energii? Z pewnością zaczęło coś się dziać, więc to nie pic na wodę, może po trzech dniach poczułabym się wspaniale i jak nowo narodzona, ale to było po prostu nie na moje siły, a naprawdę do tej pory uważałam to za świetny pomysł.

Jeśli kiedykolwiek jeszcze zdecyduję się na dietę tego typu, to muszę pamiętać, aby: mieć przez te dni pod ręką kogoś kto zrobi wszystkie ważne rzeczy za mnie, za to nie mieć zobowiązań ani poważnych planów. Przygotować się na stan absolutnego rozmiękczenia i obiecać sobie jakąś nagrodę, jeśli wytrzymam. I przegonić to cholerne stworzonko. Chociaż teraz to sobie mogę mówić, jak jestem najedzona.

Naprawdę to jest ciekawe, jak bardzo to, co jemy, na bieżąco wpływa na nasze samopoczucie.

5 sekretów zdrowia, które są za darmo

Zdrowie to coś, co zgodnie ze znanym cytatem Dalaj Lamy najpierw tracimy, żeby zdobyć pieniądze, a później staramy się je odzyskać i te pieniądze wydajemy. Wydaje się więc, że jest to coś związanego z pieniędzmi, a w każdym razie lepiej być bogatym w momencie, kiedy już zdrowie stracimy. Mam dobrą wiadomość – jest kilka środków na to, żeby jednak je zatrzymać, a w każdym razie nie poświęcać go tak szybko. Nie są one zbyt popularne, ale za to łatwe do zdobycia i całkowicie darmowe. Nawet nie trzeba nigdzie się rejestrować. Są to:

1. Powietrze
Oddychanie to tak automatyczny odruch, że zupełnie o nim zapomnieliśmy. Oddychamy zwykle bardzo płytko w porównaniu z naszymi możliwościami i na ogół nie wykorzystujemy nawet w połowie dostępnej powierzchni naszych płuc. Do tego jak tak dobrze powąchać to, czym właściwie oddychamy na ulicach, przynajmniej mieszkańcy miast, odjąć cały czas, który spędzamy w klimatyzowanych pomieszczeniach wdychając coś, co jest właściwie sztuczne, i dodać do tego jeszcze papierosy, którymi często beztrosko umilamy sobie czas, to wychodzi, że nasze płuca dawno nie widziały prawdziwego naturalnego powietrza. Nie mam tu zamiaru wysmętniać się nad tym, jak to każdy powinien rzucić palenie papierosów, bo sama mam ich sporo na koncie. Natomiast weź pod uwagę, że ilość tlenu, którą dostarczamy organizmowi i wszystkim jego komórkom, jest mocno powiązana z szybkością starzenia, a jego niedobór – z podupadaniem na zdrowiu. Im głębiej będziesz oddychać, im częściej będziesz przebywać na dworze, poza centrum miasta, tym będziesz młodszy w środku i na zewnątrz. Będzie ci się lżej myślało i lepiej spało. Możesz zacząć od tego, żeby codziennie się przewietrzyć. Na pewno masz gdzieś tam jakiś fajny park. Warto przy okazji trochę wyprostować klatę, po to, żeby płuca miały więcej miejsca i mogły przyjąć więcej eliksiru młodości za jednym zamachem. Siedzący tryb życia temu nie sprzyja, spróbuj zrobić porządny wdech będąc zgarbionym, a później wyprostowanym, to zobaczysz o co mi chodzi. Na dłuższą metę te dodatkowe parę centymetrów sześciennych płuc do wykorzystania robi wielką różnicę. No i przemyśl te fajki, wiem, że lubisz, że twoja babcia całe życie paliła i dobiła setki i tak dalej, ale te nowe zmarszczki, które ostatnio widziałaś w lustrze, to właśnie od nich.

2. Woda
To prawda – woda nie jest tak zupełnie za darmo. Ale raczej nie możemy sobie pozwolić na to, żeby z niej zrezygnować z braku funduszy. Jest podstawowym budulcem naszego organizmu. Nasze ciało to właściwie czysta woda, obudowana tkankami ze wszystkich stron. Kilka procent ubytku i już robi się ciężko, jest zmęczenie, zamulenie, nerwy, coś złego dzieje się z nami, nie jesteśmy sobą. Nie muszę chyba dodawać, że w ciele przez dłuższy czas odwodnionym błyskawicznie pojawiają się problemy. To nie Sprite ma walczyć z naszym pragnieniem, ani inne marketingowe wynalazki, tylko po prostu woda. Bez żadnych dodatków, bąbelków, barwników, cukru czy supermodnego truskawkowego smaku, zupełnie zwyczajna woda, nawet nie mineralna, zwykła z kranu albo ta za 60 groszy z Biedy. Dwa litry czystej wody dziennie powinny załatwić sprawę. W upalne dni i podczas większego wysiłku raczej nie uda ci się z nią przesadzić. Z tym, że nie masz usiąść i wypić tych dwóch litrów na jeden raz, bo to może być groźne, tylko spakować sobie butelkę do plecaka czy torby i tak z nią chodzić. Pamiętaj o regularnym tankowaniu. Kiedy tylko masz ochotę, a zwłaszcza gdy czujesz zmęczenie, rozkojarzenie czy chce ci się coś, a nie wiesz co – pociągasz łyka. Dzięki temu, że cały czas uzupełniasz płyny, nie tylko nie grozi ci odwodnienie, ale też wypłukujesz na bieżąco toksyny, które dzięki naszemu środowisku zawsze się znajdą. Nie będziesz też niepotrzebnie przesadzać z żarciem, które czasem bierze się do ust, kiedy w rzeczywistości chce się pić. Po pewnym czasie picia czystej wody przestanie ona być taka bez smaku. Za to słodzone napoje zrobią się jakieś przesadne, nawet niesmaczne. Możesz też zaczynać każdy dzień od szklanki-dwóch czystej wody, która odmuli cię na dzień dobry i zafunduje ci dobry poranek. Brzmi może trochę głupio, ale z czasem zobaczysz, że działa.

3. Słońce
Ostatnio trafiłam na stronę Akademia Witalności i w jednym z genialnych artykułów, których tam pełno, wyczytałam coś, co potwierdziło moje podejrzenia, od dawien dawna krążące mi pod kopułą. Słońce to życie. Wszystkie ziemskie organizmy mające dostęp do słońca zostały tak skonstruowane, żeby mogły czerpać z niego siły życiowe. Obecnie wizerunek słońca w mediach jest taki, że jest złe, śmiercionośne i powoduje raka skóry. Najlepiej się przed nim na stałe schować pod filtrami UV. Jednak jak wiele trendów, również i ten może nam wyjść bokiem. Przebywanie na słońcu wzmaga produkcję witaminy D, bardzo ważnej substancji, której niedobór wywołuje całą gamę chorób, powikłań i upierdliwości, od depresji po raka, w tym właśnie raka skóry! W dodatku praktycznie wszyscy cierpimy na niedobór tej witaminy. Dlatego, korzystając z tego, że jest lato, może jednak warto wybrać się na kocyk na łączkę albo chociaż wystawić sobie krzesełko na balkon, i nie smarować się tym razem filtrem 50, tylko zwyczajnie zadbać o nawilżenie skóry. Rośliny pełną parą czerpią ze słońca, zwierzęta instynktownie uwielbiają się na nim wygrzewać. Róbmy to i my. W końcu nikt nam nie każe od razu spiekać się na ciemną czekoladę (albo czerwonego prosiaczka, zależnie od karnacji). 🙂

4. Zdrowy ruch
„Sport to zdrowie!” – słyszałeś w dzieciństwie. Myślisz, że to prawda? Spójrz na zawodowych sportowców i ich poprzeciążane stawy, przerośnięte mięśnie obciążające serce, nie mówiąc już o mniej i bardziej poważnych kontuzjach. Nasza kultura nie dba o równowagę, u nas więcej, mocniej, szybciej równa się lepiej. Najwyżej po drodze kopniesz w kalendarz. Oczywiście to, że wykonujesz swój ukochany sport, będący źródłem pasji, na pewno jest ważnym elementem twojego życia. Natomiast ze zdrowiem nie zawsze się to łączy, co pewnie wiesz sam. Tak samo jednostajny, powtarzany setki razy ruch, czy to w pracy czy na aerobiku, może i spala kalorie, może jest źródłem endorfin, no i ostatecznie nie siedzisz cały czas na tyłku, ale tyrasz się, nadwyrężasz, zamieniasz się w konia wyścigowego lub pociągowego. Co jest zdrowe w takim razie? Szukaj takiego ruchu, który dba o balans w ciele, o słuchanie jego potrzeb i o jego równomierny rozwój, we własnym tempie, a nie w klimacie współzawodnictwa, który bardzo krzywdzi jednostki potrzebujące więcej czasu. Jeśli masz jakąkolwiek kontuzję, jakikolwiek problem z grupą mięśni czy kości, to znaczy, że robisz to źle. (Sama parę razy chodziłam ponaciągana i ciekawe, że dla sportowców jest to coś, czym można się chwalić, bo to znaczy, że dajesz z siebie wszystko, a dla mnie była to nauczka, żeby następnym razem posłuchać ciała i nie kazać mu robić czegoś, na co nie jest gotowe.) Jakieś konkrety? Chyba nie muszę objaśniać, że joga jest idealna, żeby nauczyć się zachowywać harmonię. Dla osób o kondycji za słabej na jogę może być pilates. Doskonały jest taniec (byle nie wyczynowy – nie chodzi o salto mortale), dla osób spokojniejszych świetne jest tai chi (wypróbowałam i polecam) czy qi gong, czytałam też o licznych zaletach nordic walking. Do najprostszego zdrowego ruchu zalicza się spacer, najlepiej taki, w którym poza chodzeniem trochę się poprzeciągasz we wszystkie strony. Ruch poza oczywistym wzmacnianiem i dotlenianiem mięśni, co dodaje siły, zadba nam też o narządy wewnętrzne, nad którymi zbyt wiele się nie zastanawiamy na codzień, a jednak gdy je naprawdę zaniedbamy, to powodzenia z lekami, szpitalami, przeszczepami i pozdro dla ekipy z firmy pogrzebowej. Tak na marginesie, chcesz wiedzieć, jaki jest najlepszy sposób na pięknie ukrwione i dotlenione organy wewnętrzne i doskonałe samopoczucie? Codzienne kilkuminutowe stanie na głowie. Ale możesz na razie zacząć od spaceru:)

5. Święty spokój
To chyba najtrudniejszy do zdobycia ze wszystkich wymienionych tu środków. Paradoksalnie wymaga najmniej wysiłku, wystarczy usiąść w samotności i nic nie robić. W praktyce robimy wszystko, żeby tylko tego spokoju nie mieć. Zapełniamy sobie czas po brzegi, każdą wolną godzinkę koniecznie musimy zagospodarować, bo inaczej coś każe nam mieć wrażenie, że czas przecieka przez palce, a my nic. Nieustająco aktywne życie towarzyskie, zawodowe i rodzinne stało się tak wysokim priorytetem, że zapomnieliśmy, że trzeba też czasem zwyczajnie odpocząć. I to nie, że można. Trzeba, bo za długotrwały, nadmierny wysiłek prędzej czy później słono zapłacimy. Zbyt szybkie tempo życia to chyba nasza najpopularniejsza cywilizacyjna przypadłość. A razem z nią idą w parze wszystkie depresje, nerwice, wrzody, wylewy i zawały. Poza tempem życia zwróć też uwagę, z czego się ono składa, czy nie ma tam jakiejś trucizny, którą regularnie sobie dawkujesz. Ogranicz toksyczne towarzystwo i aktywności, które wyprowadzają cię z równowagi, odetnij się od nich całkowicie, jeśli tylko tak zyskasz spokój, nawet, jeśli wiązałoby się to ze zmianą pracy czy przyjaciół. To ważne, bo później będziesz narzekać, że życie wpędziło cię w chorobę, podczas gdy sam masz na to decydujący wpływ! Nie chodzi o to, że masz zmieniać się teraz w jakiegoś lenia. Po prostu oczyść swoje życie ze śmieci i znajduj chwile, kiedy będziesz mógł sobie w samotności usiąść i wziąć głęboki oddech. Tak, żeby nikt ci nie przeszkadzał i żebyś sam sobie też nie przeszkadzał przypominaniem o tym, co jest do zrobienia. Możesz nauczyć się medytować. Ale o tym innym razem.

Najlepiej to wszystko oczywiście połączyć, wziąć butelkę wody, wygodny strój i urządzić sobie sesję tai chi w parku:) Ale najważniejsze jest wytrwać i wyrobić sobie zdrowe nawyki. Te wszystkie składniki na dłuższą metę mają rewelacyjne działanie, ale po jednym razie najwyżej będzie ci się chciało sikać od dużej ilości wody i dostaniesz kaszlu po głębokim oddychaniu bez papierosa. I skurczu łydki od trikonasany (ostatnio co idę na jogę, tam jakiś mało rozciągnięty pan dostaje skurczu robiąc utthita trikonasanę. Ot, taka dygresja dla wyjogowanych, jeśli nie wiesz, o co chodzi to sobie wygoogluj albo olej temat – o tym też będzie kiedy indziej:)). Systematyczność jest kluczem do powodzenia i do zauważenia jakichkolwiek efektów. Oczywiście naiwne byłoby myślenie, że od samego oddychania będziesz już idealnie zdrowy do końca swoich dni i nie sugeruję tego. To po prostu dobry sposób, żeby niepotrzebnie nie zwalać sobie dodatkowych problemów na głowę. Na pociechę dodam, że nawet mała zmiana jest lepsza niż żadna.

Powodzenia, ślepa Gienia, kup se trąbkę… itd.
Pozdrawiam i życzę dużo słońca!

Nie jestem wegetarianką

Jedno krótkie zdanie, a tyle emocji. W Internecie od lat trwają tak krwawe wojny mięsożerców z wegetarianami, że zamieszki na Ukrainie to małe piwko. Zostało już wylane tyle jadu, tyle energii poszło w tę agresję, że gdyby tak ci wszyscy ludzie zamiast tego zajęli się tym, co może ich łączyć, i zbudowali coś razem, to mielibyśmy tu już od dawna nieustający raj na ziemi.

Zanim szanowni weganie zaczną rzucać we mnie pomidorami, nadmienię, że mięsa zasadniczo unikam, bo dieta roślinna dużo bardziej mi służy, propaguję ją zresztą na każdym kroku i polecam każdemu, kto chciałby dobrze się czuć. Natomiast nie przeszłam do końca na wegetarianizm i na razie nie planuję tego zrobić, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, od czasu do czasu – szczególnie zimą – moje ciało dramatycznie domaga się mięsa i nie zamierzam z nim walczyć, bo jest mądrzejsze ode mnie. Jeśli będzie gotowe – wtedy pomyślimy. Po drugie, bez urazy, ale nawet jak przejdę na wegetarianizm, to nie powiem, bo nie chcę być kojarzona z całą tą subkulturą – wiecie, dredy, arafatki, poczucie misji i wiele hałasu. Jesteś wege i nie jesteś mesjaszem? No to super, piąteczka, oby takich przypadków było więcej, bo na razie strach się przyznać, że się czegoś nie jada.

Zanim zaś szanowni mięsożercy zaczną mi podtykać schabowe, dodam też, że dla mnie codzienne napychanie się mięsem jest jakimś absurdem. Gdy przyjrzeć się jakiemukolwiek cieszącemu się zdrowiem społeczeństwu, ludom plemiennym typu Hunza (bardzo pozytywne plemię – warto poczytać), Japończykom albo nawet samym Słowianom setki lat wstecz, to wychodzi, że żadne z nich nie konsumuje tyle mięcha co my obecnie. My jako cywilizacja Zachodu, znana ze swoich fikuśnych chorób. Po prostu codzienne jedzenie takich ilości białka zwierzęcego nie jest konieczne ani zdrowe, sprawia, że w jelitach odkładają się jakieś syfy, równowaga w organizmie zaburza się, a jeszcze do tego permanentnie brakuje nam witamin, bo przecież wszystko naraz się w żołądku nie zmieści, a poza tym trawę to zwierzęta jedzą. Tyle się zastanawiamy, czy dieta wege to aby na pewno zaspokoi nasze zapotrzebowanie na wszystkie mikroelementy, a nikt nie pomyśli, że jedząc typowy polski obiad też sobie ich nie dostarczamy, i pal licho wszystkie suplementy w tabletkach, tabletki na wątrobę, na nerki, na serce i na mózg najlepiej.

Czy temat cierpienia zwierząt wpływa na moje stanowisko? Na pewno przyczynia się w ten sposób, że mam stanowczo dość głośnego lamentu wojujących internetowych wegefaszystów, którzy chcieliby, abym co minutę oglądała jakieś trupy z rzeźni albo coś w tym stylu. Na mnie działają pachnące, kolorowe i apetyczne warzywa na straganie, lekkie i stabilne samopoczucie na co dzień, duża witalność, różnorodność i bogactwo potraw i przypraw, bo jest naprawdę w czym wybierać. Dlatego uwielbiam wszelkie wegeblogi kulinarne i ogólnie tę część internetu, w której można dowiedzieć się, jak i dlaczego fajnie jest prowadzić zdrowy tryb życia i być jak najmniej inwazyjnym dla otoczenia. Za to ciągłe epatowanie okrucieństwem jest dla mnie raczej objawem jakiegoś toksycznego problemu ze sobą, który w dodatku mógłby na mnie przeskoczyć, dlatego wolę się trzymać od takich ludzi z daleka. Zresztą ponoć gdyby człowiek jadł tylko tyle produktów odzwierzęcych, ile biologicznie potrzebuje, to nie mielibyśmy żadnej ich nadprodukcji przemysłowej, żadnego niepotrzebnego cierpienia. Jestem i mam zamiar być właśnie takim człowiekiem. Chyba, że pewnego dnia mnie coś trafi i przejdę na frutarianizm albo zasilanie praną, wtedy dopiero będę mogła się wozić, że nie zjadam żadnych żywych organizmów. Póki co, zjadam je, na przykład marchewkę, i czerpię z nich energię, tak akurat a nie inaczej to wygląda.

Oczywiście mówię za siebie, bo mam szczerze mówiąc w głębokim poważaniu to, co Ty akurat osobiście jesz a czego nie jesz, i jeżeli tylko o tej nieszczęsnej diecie byśmy mówili, to byłby koniec tematu.

Mam jednak niefart nie opowiadać się jednoznacznie po żadnej ze stron i dlatego zarówno wegetarianie, jak i mięsożercy, uważają mnie za przedstawicielkę tego przeciwnego obozu i jedni i drudzy przypuszczają na mnie ataki. Założę się, że nawet czytając ten artykuł zwróciłeś uwagę głównie na argumenty, z którymi się nie zgadzasz i już zdążyłeś uznać, że stoję w opozycji do Ciebie 🙂 Masz mój obraz chudej, pryszczatej i bladej weganki chwiejącej się na nogach albo morderczyni z przekrwionymi oczami, z gębą ociekającą tłuszczem od opychania się kurczakami z KFC 😀 Prawda, że to wymowne? A jak myślisz – prawdziwe?

Dlaczego trzeba opowiadać się za którąś ze stron i dlaczego ludzie oczekują, że będę to robić? Po co jest nam ten czarno-biały obraz świata, to dopasowywanie go do stereotypów? Z uporem maniaka kwalifikujemy, szufladkujemy i nalepiamy etykietki. I sobie, i innym. Osoby o etykietkach innych niż nasze traktujemy jako wrogów, których należy przywołać do porządku lub spacyfikować. Jesteś z nami albo przeciwko nam, a jeśli przeciwko, to zginiesz marnie. Wolimy walczyć z odmiennością, niż szukać podobieństw. Przyjmujemy lub odrzucamy daną ideologię w całości, bez skupiania się na szczegółach. Nie zauważamy, jak duży mamy tak naprawdę wybór. A to wszystko w dobie dialogu na temat tolerancji, otwartości, świadomości. Może zamiast daremnie próbować zmieniać świat, zacznijmy od drugiego końca i zajmijmy się tym, co można ulepszyć w samym sobie?

Opowiadam się stanowczo po stronie równowagi, szacunku i umiejętności zakopania toporu wojennego wtedy, kiedy nie jest on potrzebny. Zapalmy zamiast tego fajkę pokoju 🙂

PS. Czy w daniu z tytułowego zdjęcia (przedstwiającego mój przykładowy obiad) jest mięso, czy nie ma? Przyjmuję zakłady;]

Rozpuszczona jak dziadowski bicz

Jak to jest, że jedni harują w pocie czoła przez całe życie i nic z tego nie mają, nawet pierdnięcia wdzięczności ze strony świata, a inni w tym czasie wydają się nie przemęczać i tak po prostu dostają wszystko, czego sobie zapragną? Czy ci drudzy zaprzedali duszę diabłu i sczezną w piekle?

W naszej kulturze funkcjonuje niszczycielski wirus, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Od dziecka jesteśmy uczeni skąpstwa wobec samych siebie. Słyszymy, żeby nie cackać się ze sobą, że starczy tego dobrego, że trzeba być grzecznym i skromnym, wydzielamy sobie przyjemności po kawałku, nie za dużo, a na osoby, które mają więcej od nas, przeważnie tego, o czym my możemy najwyżej pomarzyć, patrzymy jak na egocentryków, którzy swoje zadowolenie z pewnością zbudowali na cudzym nieszczęściu, jeśli w ogóle nie na grabieży, rozbojach i rzezi niewiniątek. Przemykające od czasu do czasu myśli, że my też byśmy chcieli czegoś dla siebie, traktujemy jako przejaw egoizmu, chciwości i natychmiast zaczynamy klepać zdrowaśki albo, w przypadku bezbożników, malować płonące pentagramy na podłodze, by oddalić od siebie marzenia o dobrym życiu. Dobre życie – to nie jakieś fiu bździu, tylko masa wyrzeczeń i ciężka praca, zapamiętaj, synku. Jeszcze wspomnisz moje słowa.

Nasłuchasz się tego w dzieciństwie i później przez życie idziesz w ciągłym stanie niedopieszczenia. Masz nadzieję, a wręcz oczekujesz, że nasz partner czy partnerka da ci to, czego nie dostałeś od rodziców, a później, że dadzą ci to twoje dzieci. Rzecz jasna dostaniesz od nich figę z makiem. I to nie dlatego, że trafiły ci się wyrodne dzieci i partner idiota. Dziecko i partner mogą dosłownie wypruć sobie flaki, ale to będzie mało. A dlaczego? Uwaga, zdradzam jeden z podstawowych sekretów wszechświata, godny nagrody imienia Paulo Coelho:

Nie chodzi o dostawanie. Chodzi o branie.

Tak mi dobrze poszło, że jeszcze zdradzę sekret numer dwa:

Życie to nie handel wymienny. Od spełniania Twoich marzeń nie są inni, tylko Ty. To Ty masz sobie dać to wszystko, czego chcesz. I oczywiście od samego siebie to przyjąć.

Z przyjmowaniem powstaje problem. Bo nie przystoi, bo za dużo, nie zasłużyłeś. Tak, jakby innym miało zabraknąć, ponieważ ty to wziąłeś. Co, jeśli świat to nie gigantyczna kolejka po ostatnią paróweczkę w epoce PRL? Jeśli dla każdego wystarczy? Wtedy by wychodziło na to, że twoje odmawianie sobie wszystkiego jest bez sensu.

No pewnie, powiesz, że byś sobie kupił to i tamto, ale nie masz na to kasy. Po prostu nie masz. A tamten jest bogaty, no to ma. On może, ty nie.
Chwilunia – czy to nie jest dokładnie to samo, co przed chwilą? Stawianie się w pozycji ofiary, której nic nigdy nie przypadło w udziale, więc z grymasem cierpienia na twarzy znosi swój przebrzydły los? Kto powiedział, że trzeba mieć pieniądze, żeby być bogatym? Od jakiego rzędu zarobków zaczyna się dostatnie życie? Dla każdego ta kwota będzie inna. Spytaj jakiegoś Hindusa mieszkającego na ulicy. A no tak! Sorry, zapomniałam. Nie możesz, bo tacy Hindusi nie siedzą w internecie. Ty siedzisz. Jakoś cię stać na taki przejaw obrzydliwego luksusu. Ale przecież nie masz kasy.

Obfitość a pieniądze to dwie różne sprawy. Za pieniądze kupisz sobie twierdzę ze złota, obwarujesz się przedmiotami, ale twoje życie stanie się pełne obfitości dopiero, kiedy wyjdziesz na dwór, możesz nie brać ze sobą nawet portfela, a już na pewno nie bierz telefonu, i zobaczysz, ile na świecie jest cudowności, które są dla ciebie za darmo lub za zupełnie niedrogo.

Jaki był twój przysmak z dzieciństwa? Leniwe pierogi, knedle z truskawkami? Kiedy to ostatnio jadłeś? Wiesz, ile kosztuje pół kilo twarogu? Stać cię.
Co masz najładniejszego w szafie? Tę wyrąbaną w kosmos sukienkę, którą miałaś raz na sobie? Załóż ją zupełnie bez okazji. Wcześniej zrób sobie domowe spa, też bez okazji. Wysmaruj się wszystkimi mazidłami, jakie masz, przy okazji zrobisz w końcu trochę miejsca w łazience. Stać cię.
Jaką lubisz muzykę? Słuchaj jej codziennie, słuchaj dużo muzyki, czytaj dużo książek, chodź na spacery i spotykaj się z fajnymi ludźmi. Zobacz, jak jest pięknie na dworze, idź pobiegać albo usiądź w jakimś malowniczym miejscu i patrz na świat wokół Ciebie. Nie szczędź sobie takich prostych przyjemności. Może cię nie stać?
Prezenty tego typu mogą być małe albo czasem nawet trochę większe. Pamiętasz te wakacje pod namiotem czy tam domkiem letniskowym, kiedy byłeś taki szczęśliwy, bo łowiłeś ryby z tatą? Myślisz, że weekend na polu campingowym nad najbliższym zalewem – albo nawet trochę dalszym – wymaga specjalnego planowania i brania kredytu? Ktoś ci każe wydać na to wszystkie oszczędności? Możesz pojechać, jeśli chcesz. Stać cię.

Stać cię na to, żeby dawać sobie prezenty cały czas i uważaj teraz: nie jest to żaden grzech ani przestępstwo. Świat jest tutaj właśnie po to i jedyne, co masz zrobić to wysilić się, żeby to sobie wziąć. Całe życie żyć w tak obfitym świecie i z tego nie korzystać – czy nie jest to czystym marnotrawstwem? Nie urodziłeś się po to, żeby lizać lizaki przez szybę.

Nie tylko cię na to stać. Ciebie nie stać na odmawianie sobie tego.
Nie stać cię na to, żeby w nieskończoność głodzić to dziecko w tobie, które latami czeka, aż los hojnie je obdaruje, i po drodze wyhodowało już sobie zmarszczkę na czole. To nie los, ale TY jesteś odpowiedzialny za to, czym je obdarowujesz. Daj mu jeść w końcu, na litość boską.

I nie marudź, że cały czas pracujesz, a później nie masz siły. Musisz tak wyprztykiwać się dzień w dzień z siły? Masz prawo odpocząć i masz prawo walczyć o to prawo. Dlaczego traktujesz samego siebie w taki sposób? A może jest coś, co sprawia, że wygodniej jest ci akceptować nędzny stan rzeczy, niż zadbać o jego poprawę?

Paradoksalnie w opinii publicznej cieszenie się leżeniem na łące w słoneczny dzień, w czasie kiedy mógłbyś harować jak dziki osioł, tak samo jak cieszenie się, że masz nowy ciuch z lumpa za 3 zł albo upolowałeś świeże warzywa na targu, to jest zadowalanie się byle czym. Tak, jakby porządne marzenia zaczynały się od czterocyfrowej kwoty, a można je byłoby realizować tylko wyrzekając się szczęścia. Co to za marzenia w takim razie? Masochistyczne jakieś? A może lepiej wyrzekać się szczęścia w imię spełniania wyłącznie cudzych marzeń, zamiast swoich? Oj, głęboko mamy wdrukowany ten stereotyp, że ktoś, kto sam siebie dopieszcza, to jakiś godny potępienia narcyz, leniwy bumelant i niepoważny dzieciak, a prawdziwą cnotą jest pokorne przyjęcie na grzbiet ciężaru egzystencji i kroczenie z nią przez życie niczym objuczony wielbłąd. Bardzo pięknie nas ukształtowała nasza oparta na poczuciu winy kultura.

To jeszcze jedna rzecz, którą chciałam na zakończenie powiedzieć o sobie:

Jestem rozpuszczona, dopieszczona, doceniam drobne przyjemności i w ogóle się tego nie wstydzę 🙂
Czuję się hojnie obdarowana przez los, mimo, że nie mam w domu telewizora, a moja łazienka ma dwa metry kwadratowe.

Do napisania niniejszego wpisu zainspirowała mnie przeczytana i przerobiona od deski do deski „Droga Artysty” Julii Cameron, której innym razem być może poświęcę jeszcze osobny wpis, bo to nie książka, tylko prawdziwa rewolucja.
Pozdrawiam wszystkich bumelantów.
I oczywiście zapraszam do polemiki, jeśli ktoś pozwala sobie się ze mną nie zgodzić:)

Łódź Festiwalowa #2: Fotofestiwal

Jaram się, bo właśnie w końcu po miesiącach dylematów zdecydowałam się kupić bilet na Polskiego Busa. Jedziemy na weekend do Berlina pod koniec sierpnia! I to na couchsurfing, jak dobrze pójdzie (jak źle, to już stamtąd nie wrócimy). Zapachniało przygodą. Zainwestowałam w to kosmiczną kwotę 90 zł za przejazd w obie strony. A tymczasem pora zamieścić drugą część opisu ubiegłego weekendu, bo kolejny już za pasem.

Odkąd usłyszałam o łódzkim Fotofestiwalu, od razu wiedziałam, że zawitam. Pisałam już zresztą o tym w poprzedniej notce, a więc do rzeczy.

Zaczęliśmy w piątek od pokazu zdjęć „Brooklyńska noc fotografii” w lokalu o nazwie Lokal, a raczej w podwórku przed nim. Zdjęcia jak można było się spodziewać świetne, a towarzysząca im muzyka jeszcze bardziej. Nowy Jork jest dość wysoko na liście miejsc, które chciałabym odwiedzić. Fajnie się ogląda prace autorstwa ludzi, którzy tam mieszkają na codzień, znają to miasto od podszewki i potrafią pokazać, jak je widzą swoimi oczami. Każdy widzi co innego. Ja też na przykład jak patrzę na takie Bałuty to widzę potencjał, a inni widzą psie kupy na chodnikach. I wszyscy mamy rację.
Nie byłam jeszcze w Lokalu i zarówno on, jak i jego otoczenie, wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Choć też nie było go za dobrze widać spod chmar ludzi, którzy nawiedzili to miejsce. Była też wystawa zdjęć w środku, ale tłumy już zupełnie utrudniły mi oglądanie. Mam zamiar jeszcze specjalnie przejść się po festiwalowych galeriach po mieście, kiedy będzie większy luz. Później zaczął się koncert rockowy, na pewno był bardzo udany, ale my się zmyliśmy już na samym początku, żeby nas nie podkusiło stanąć w godzinnej kolejce po następne piwo.

W sobotę wybraliśmy się do nieczynnych zakładów Polmosu, po których obiecywaliśmy sobie urbeksowych smakowitości. Srodze się jednak przeliczyliśmy, bo już na wejściu okazało się, że otwarty jest tylko zewnętrzny teren, a ten wygląda zupełnie jak na Offie, Wimie i we wszelkiego typu starych pofabrycznych kompleksach, tylko że jest pusty. Bardzo ładny zresztą, mają go ponoć rewitalizować i urządzać tu kolejne centrum kultury hipsterskiej, co jest zawsze dobrą opcją.

IMG_0438
Niestety nastawieni byliśmy na zakurzone wnętrza, a dostaliśmy same elewacje, i nawet nigdzie nie można było się wspiąć, bo pan ochroniarz odpędzał. Jasne, względy bezpieczeństwa, umowa z właścicielem obiektu, kumam, ale co szkodziło chociaż otworzyć drzwi i postawić barierkę, żeby ludzie mogli zobaczyć, jak te zakłady wyglądały w środku?

IMG_0388

Mnie się udało zajrzeć przez okno. To najlepsze, co widziałam podczas tej wycieczki.

Wokół chodziło pełno fotografów robiących z bliska zdjęcia złuszczonej farby niczym rzeczoznawcy sądowi. Nie wątpię, że komuś udało się uczynić ten teren bardziej fotogenicznym. My jednak poddaliśmy się i …

IMG_0397
…zaczęliśmy wzajemnie robić sobie zdjęcia na tle murów, bo do tego się to miejsce najbardziej nadawało. Idealne pod sesję ślubną, ewentualnie mroczny gotyk w podartych pończochach, klimat rodem z opuszczonego szpitala psychiatrycznego itd.

IMG_0413

To akurat sprawiało nam całkiem sporą frajdę 🙂

IMG_0407

IMG_0423

IMG_0439
Ogólnie zobaczymy, co tam będzie, jak to rozkręcą pod nową nazwą Monopolis. Póki co, były tam organizowane różne wydarzenia fotofestiwalowe. Na przykład wystawa fotografii artysty o nazwisku Brian Griffin (czy kogoś Wam to nazwisko nie przypomina? Bo mnie tak. Uwielbiam Family Guy’a:)).

IMG_0449
Drugiego dnia już baliśmy się cokolwiek sobie obiecywać, żeby się nie rozczarować, bo braliśmy pod uwagę, że będziemy oglądać elewację elektrowni z zewnątrz. Szybko jednak okazało się, że tym razem będziemy włazić wszędzie, gdzie się da. Wszyscy dostaliśmy siatki na włosy, kaski i jaskrawopomarańczowe kamizelki, a jedna pani dostała zdziwko, bo została cofnięta spod samego wejścia z powodu nieprzepisowych butów.

IMG_0446

Teraz będę się musiała bardzo starać, żeby nie wkleić 50 zdjęć. Wszystkie mi się podobają. Pstrykałam je jak oszalała. Dziecko we mnie dostawało spazmów ze szczęścia. Nie wiem, jak inni, ale ja naprawdę zawsze strasznie chciałam wejść do elektrociepłowni i w końcu weszłam, a do tego jeszcze z aparatem! To tak, jakbym mogła ją trochę zabrać ze sobą do domu.

IMG_0466

Na początku zaprowadzili nas do miejsca, gdzie było strasznie dużo wielkich kotłów w różnych kolorach. Miły pan kierownik z wąsem mówił, jak się te pomieszczenia nazywają, chociaż nie wtajemniczał nas w dokładne mechanizmy działania urządzeń, pewnie na wypadek, gdyby okazało się, że ja i Wojna jesteśmy szpiegami. Wszystko było pod ciśnieniem, wydawało z siebie syczące odgłosy i od razu dostałam nóg z waty. Może to taki mój fetysz.

IMG_0475

Później znaleźliśmy się w komnacie Wielkiego Elektronika. W tym pomieszczeniu rodem ze statku kosmicznego znajduje się panel sterowania, służący do rządzenia całym miastem. A przynajmniej tej jego części, którą EC2 zaopatruje w prąd i ogrzewanie. Wszędzie było pełno małych pstryczków i niczego nie można było dotykać, choć korciło mnie, by podejść i jednym ruchem palca odłączyć prąd na całej alei Politechniki. Ciekawe, kiedy by znowu zrobili fotospacer po elektrociepłowni.

IMG_0489

Rejestrator zakłóceń, to tutaj widać, kiedy następuje zakłócenie na sekundę przed tym, jak cała elektrownia ma wylecieć w powietrze. Oczywiście tak naprawdę nie wiem, co to jest za rejestrator, pewnie pokazuje, kiedy jakaś baba ma zepsute gniazdko i wywala przez nią korki w bloku, ale wygląda fajnie i do tego jak się dobrze przyjrzeć, to jest to trochę selfie.

A później zaczęło się najlepsze.

IMG_0496

Przeszliśmy stamtąd do wielkiej hali, gdzie było strasznie gorąco, duszno i głośno. Na środku stały ogromne huczące maszyny. Wszędzie ziały przepaście, dziury w podłogach ułożonych z jakichś metalowych płyt i krat, które wyglądały, jakby były strasznie stare i sfatygowane. Takie w istocie były, elektrociepłownia ta jest przestarzała i w przyszłym roku mają ją wyłączyć. Działające urządzenia wyjadą do innych obiektów, a sam budynek.. nie wiadomo, co się z nim stanie. Krążyłam tam przerażona i wzruszona. To wszystko było oszałamiająco piekne. Skomplikowane, potężne, zaprzęgnięte do ciężkiej pracy dla człowieka. Energia okiełznana. Iście alchemiczne, czarodziejskie miejsce. Było mi szkoda tego przemijania, tego, że te wspaniałe maszyny tyle czasu działały, tyle siły wytworzyły, a niedługo zostaną wyłączone, niektóre z nich na zawsze. Jak w wielu miejscach podkreślam i będę to robić, nie jestem zagorzałą miłośniczką cywilizacji, a jednak industrialne widoki zawsze wywoływać będą u mnie gęsią skórkę.

IMG_0500

IMG_0512

IMG_0529

Weszliśmy też do hali obok, składającej się przede wszystkim z wielkich dziur po kotłach, które już wyjechały, i spektakularnej instalacji porastającej całą ścianę. Przypomniała mi się taka przygodówka z lat 90tych, której nikt poza mną nie pamięta – „Beneath a steel sky”. Maszyny zrastające się z biologicznymi żywymi organizmami, oddychające rury, maszyna-półcyborg oplatająca podziemia całego miasta. Kurczę, ale mi się przypomniało, może jest walkthrough na youtube („Babciu, czy widziałaś walkthrough na youtube tej gry o półcyborgach?” Ciekawe, jakim językiem będą się porozumiewały moje wnuki).

IMG_0532

Ludzie, którzy chodzą po tych schodach muszą mieć nerwy ze stali, ciekawe, ile trwa przyzwyczajenie się do tego typu atrakcji. Ja bym chyba raczej się tam wczołgiwała, albo wręcz wczołgałabym się na górę, a na dół trzeba by mnie zdejmować dźwigiem.

IMG_0526

Stopień skomplikowania tego obiektu jest po prostu porażający. Wszędzie są jakieś małe rurki, grube rurzyska, przełączniki, kotły i kociołki, tajemnicze zaworki i sapiące kolosalne machiny, a wszystko do czegoś służy, jest na swoim miejscu i nie można się bez tego obejść.

IMG_0540

To już na dworze, dopiero po wyjściu stamtąd uświadomiliśmy sobie, jak tam było gorąco. Upał panujący na zewnątrz był jak miły zefirek.

IMG_0550

Na deser weszliśmy do tego grubego komina, który mijamy, jadąc al. Politechniki. Okazało się, że to wcale nie komin, tylko chłodnia. Dla ochrony przed zagrażającymi bakteriami (które dziś mnie na pewno zaatakowały, bo mam jakąś wysypkę) dostaliśmy dodatkowe maski z filtrem węglowym, przez co wszystko zyskało jeszcze bardziej surrealistyczny feeling. Jeżeli ktoś nie wie dlaczego, niech sobie obłoży całą głowę różnymi ochronnymi maskami i kaskami i spróbuje tak wejść w jakieś malutkie drzwiczki, a następnie po stromiutkich schodeczkach, a wszędzie dookoła lejąca się, hucząca woda, i w pewnym momencie widzisz, że jesteś pośrodku takiego trochę ujarzmionego krytego jeziora, wszędzie wokół widzisz coś, co nie przypomina nic ci znanego i ledwo możesz oddychać przez tę całą maskę. Wrażenie było takie, że gdyby ten komin się oderwał od kontynentu i podryfował na Biegun Północny, to nawet by mnie to aż tak nie zdziwiło.

IMG_0548

IMG_0563

IMG_0569

Ostatnie spojrzenie na budowlę, z której wnętrza właśnie wyszliśmy.
I do domu! (A raczej do lasu, bo był piękny dzień i trzeba by upaść na głowę, żeby przesiedzieć go w czterech ścianach). Zachwyceni, nasyceni. Część wycieczki poszła w dalszą trasę – do EC4. A ja zostawię ją sobie na przyszły raz.

Dziękujemy organizatorom Fotofestiwalu za możliwość tego cudnego zwiedzania!:)