Jak robiłam wielkie oczyszczanie organizmu

Dzisiejszy wpis to raczej anegdota, lub coś dla ciekawskich, najlepiej takich, którzy poszukują w googlach czegoś na temat oczyszczania organizmu kaszą jaglaną. Postanowiłam bowiem oczyścić swój organizm ze zbędnych toksyn. Wiadomo, tych nigdy nie brakuje, a jak się już oczyszczę, myślałam, z tych wszystkich pozostałości lat hedonizmu, to będzie dopiero fantastycznie, zupełnie, jakbym sobie zainstalowała nowy system na kompie.

Kaszę jaglaną bardzo lubię, dlatego wybrałam monodietę jaglaną, czyli jakby ktoś nie wiedział, jedzenie tylko kaszy przez trzy dni. A to wcale nie takie hop siup zrobić sobie monodietę w moim przypadku. Ja z tych, co lubią mieć menu ułożone na tydzień w przód, żeby zawczasu kupić sobie wszystkie liczne wydziwnione składniki, co drugi dzień biorę obiad do pracy, bo zaraz po pracy joga, do tego obowiązkowo trzeba tak wymierzyć, żeby nic się nie zmarnowało. Moje żywienie to prawdziwa operacja logistyczna. Dlatego z zamiarem tej monodiety nosiłam się prawdę powiedziawszy chyba od trzech miesięcy. Odkąd zaczęła się wiosna, mnie nie udawało się dogadać z samą sobą i innymi żywiącymi się wraz ze mną człowiekami i ludziami, żeby zrobić sobie trzy dni diety. Nigdy na żadnej zresztą nie byłam, chyba, że mówimy o zwyczajnej diecie polegającej na tym, że się nie jada w Macu.

Tym razem okazja była idealna, Wojna wyjechał delegacyjnie, ja zostałam sama, pracować akurat mogę w domu, lodówka prawie pusta, zresztą dla samej jednej siebie to i tak mi się nie chce pichtać. Robimy oczyszczanie. Przygotowywać się do tego jakoś specjalnie nie musiałam, bo raczej nie jem śmieci tak czy siak, to znaczy na pewno zależy to od stadium zdrowego żywienia, bo na przykład nie dalej jak wczoraj wyczytałam, że olej lniany jest niezdrowy i dla kogoś to też może być śmieć, a ja go jadłam w pysznym twarożku ze startą rzodkiewką. Twarożek to też śmieć dla niektórych, bo nabiał. Pewnego dnia z tego wszystkiego zrezygnuję, ale jeszcze nie teraz. Omnomnom.

Zaczęłam rano od jaglanki ugotowanej z odrobiną soli. Często jem jagiełki na śniadanie w najróżniejszej formie, do czego nie omieszkam jeszcze powrócić w następnych wpisach. Dlatego aż tak bardzo mi to nie przeszkadzało. No, jakieś szczególne niebo w gębie to nie było, ale czego się nie robi dla oczyszczania. Za to nie mogłam znieść braku kawy. Zanotowano – zwyczaj do wymiany. Po tym śniadaniu byłam jakaś taka niedojedzona, chociaż nie mogłam już w siebie wepchnąć tej kaszy i jadłam ją na raty. Energii na cały dzień to śniadanie dodało mi tyle, co kot napłakał. Dobrze, że nie musiałam się przemęczać z pracą, bo byłam od tego bardzo daleka.

Koło południa dotarło do mnie, że zaraz wykituję, a jeszcze podobno trzy dni przede mną. Znów byłam głodna, więc pora na drugie śniadanie – kolejną porcję kaszy. Znalazłam jakąś ziołową herbatkę i wspomogłam się nią, ale niewiele mi to dało. Oczywiście ironia losu sprawiła, że cały dom zwrócił się przeciwko mnie, wcześniej tego dnia podczas gotowania kaszy prysnęłam sobie na rękę wrzątkiem, uderzyłam się też w nogę podczas ścielenia łóżka, włączyłam sobie omyłkowo lodowatą wodę pod prysznicem itd. Konsekwentnie otoczenie dążyło do podkopania mojego optymizmu. Z moich super ambitnych planów powoli zaczęło wychodzić wielkie nic (nie napiszę, co wielkiego moim zdaniem zaczęło wychodzić z planów, bo mogę być posądzona o bycie wulgarną).

Kolejną, popołudniową porcyjkę umiliłam sobie więc łyżeczką masła fistaszkowego. Była na pewno smaczniejsza niż poprzednie, chociaż nie wiem, czy całej diety właśnie diabli nie wzięli, ale naprawdę było to jedyne wyjście.

Do tej pory zaczęłam już stawać się stworzonkiem. Jest to taki mój charakterystyczny stan, w którym z dorosłej, ogarniętej babki staję się dwucentymetrowym stworzonkiem podobnym do zabiedzonego smerfika albo innej zmokłej kury, która chowa się w najciemniejszy kąt i nie wyściubia stamtąd nosa, dopóki to nie przejdzie. Zdarza mi się to praktycznie tylko w sytuacjach kryzysowych, więc nie przepełniło mnie zbytnią radością, swoją drogą patrzcie, jaka ekspresowa reakcja organizmu na trzy miski kaszy jaglanej, myślałby kto, że od miesięcy poszczę o chlebie i wodzie. Jakiegoś wyjątkowego hartu ducha to ja nie mam. W żołądku było mi fajnie i lekko, ale to chyba tyle, jeśli chodzi o plusy.  A jednocześnie na komputerze zaczęły mi same wyskakiwać przepisy na to, na tamto, na sernik z nerkowców z figami i na pieczone truskawki, zaczęłam się ślinić jak pies Pawłowa, a zza ściany dla urozmaicenia dobiegł mnie zapach pysznego i niewątpliwie smażonego obiadku.
Następną porcję zjadłam z bananem i łyżeczką miodu. Banany chyba też działają oczyszczająco. Trochę mi dodał animuszu ten banan, ale i tak moja głowa ważyła tysiąc kilo, najchętniej bym się położyła i przespała resztę dnia. Wraz z tą refleksją dotarło do mnie, że jest osiemnasta, a ja prawie nic dzisiaj nie zrobiłam, podczas gdy naprawdę miałam co robić. Zupełnie jakby dopadł mnie jakiś kac. Pewnie to ten sławetny kryzys ozdrowieńczy:P, ale miałam to gdzieś. Tak mi szkoda było tego pięknego dnia, że postanowiłam iść chociaż na spacer. Trochę mi się kręciło w głowie, ale iść jeszcze mogłam 🙂

Efekt tego wszystkiego był taki, że podczas spaceru trafiłam do Biedronki, gdzie w moje ręce dosłownie wbrew mojej woli trafił pierwszy od chyba pół roku batonik z czekoladą, a na kolację najadłam się kanapek z pomidorkiem, najlepszym, jakiego jadłam. Z każdym kęsem wracało mi życie. Przestałam nawet zachowywać się jak księżniczka na ziarnku grochu. Stworzonko poszło tam, dokąd chodzą stworzonka, a ja mogłam już przestać się zastanawiać, jakim cudem nazajutrz wstanę z łóżka, bo kolejnego dnia poświęcić już nie mogłam.

Nie wiem, o co chodzi z tą kaszą, może jakiś dietetyk by mi to sprawnie wytłumaczył. Czy mogło mieć to znaczenie, że jeszcze nie do końca wróciłam do siebie psychicznie po tym całym remoncie i cóż, łatwo u mnie ostatnio o rozchwianie? Czy może przed przejściem na wszelkie diety najpierw powinnam odstawić kawę, bo chyba jej brak odczułam najdotkliwiej? Czy to zawsze tak działa, że błyskawicznie ciało przełącza się w tryb oszczędzania energii? Z pewnością zaczęło coś się dziać, więc to nie pic na wodę, może po trzech dniach poczułabym się wspaniale i jak nowo narodzona, ale to było po prostu nie na moje siły, a naprawdę do tej pory uważałam to za świetny pomysł.

Jeśli kiedykolwiek jeszcze zdecyduję się na dietę tego typu, to muszę pamiętać, aby: mieć przez te dni pod ręką kogoś kto zrobi wszystkie ważne rzeczy za mnie, za to nie mieć zobowiązań ani poważnych planów. Przygotować się na stan absolutnego rozmiękczenia i obiecać sobie jakąś nagrodę, jeśli wytrzymam. I przegonić to cholerne stworzonko. Chociaż teraz to sobie mogę mówić, jak jestem najedzona.

Naprawdę to jest ciekawe, jak bardzo to, co jemy, na bieżąco wpływa na nasze samopoczucie.

Reklamy