Zostań śniadaniowym ninją

Tę  notkę napisałam już jakiś czas temu, kiedy zachciało mi się podzielić ze światem wiedzą, co wymyślić na śniadanie bez chleba. Zawieruszyła mi się, a teraz się odnalazła, więc czytaj na zdrowie.

Zrobić śniadanie z chlebem to żadna filozofia. W sklepach mają tak bogaty wybór dodatków, że moglibyśmy jeść je jeden za drugim przez cały czas i prędzej wypadłyby nam wszystkie zęby od nieustannego żucia, niż skończyłyby się produkty do testowania. I to nawet, jeśli odejmiemy od tego bogaty wybór pysznych past warzywnych, twarożków i jajecznic, do których jednak jakaś tam jedna pajda z masłem nie byłaby od rzeczy.

Chodzi o to, że mnie się nie chce tak codziennie jeść tego chleba. Kalendarz księżycowy mi pokazuje dzień bez chleba. Niby może pokazywać, co chce, ale taki chleb to w sumie mąka,  często jeszcze do tego biała, zasadniczo nic wow super hiper, a jeżeli nie robimy go sami, to więcej niż pewne, że kryje się tam jakaś dziwna domieszka. Niektóre z tych kupnych chlebów smakują, jakby zawierały co najmniej pół kilo cementu i 3/4 tablicy Mendelejewa. Po drugie chleb to schemat, coś, co się je, bo tak, bo od zarania dziejów się tak robi i już, a to budzi chęć przełamania schematu, ot tak, żeby zobaczyć, co jest jeszcze do wyboru, czy na pewno nic mnie nie omija.

No, tylko co można takiego zjeść na śniadanie, spiesząc się do pracy, jedną ręką malując oko, a drugą ubierając dziecko albo szukając czystych gaci? Toż to pewnie masa roboty, cudowanie, a kanapeczki pyk pyk i są.

Może jednak można wymyślić coś ciekawego i szybkiego, na przykład:

  • Owsianka na mleku kokosowym z wiórkami i bananem
  • Kasza jaglana z kakao i daktylami
  • Ryż na mleku z wanilią i truskawkami
  • Płatki jęczmienne z masłem orzechowym i siekanymi orzechami

I tak dalej… Uwierzycie, że to nie wymaga nadludzkiego wysiłku i wystarczy 15 minut? A do tego jeszcze wszystkie są według jednego przepisu, więc jak zrobisz jeden, to już umiesz wszystkie.
Nie wszyscy lubią słodkie śniadania, bo jest tam cukier, ja staram się unikać tego białego, słodzę miodem albo daktylami, można ksylitolem (brzmi jak odmiana azbestu), można stewią, albo nawet niczym, to nie ma być deser, a sam cukier z owoców, które za chwilę dodamy, niektórym już wystarczy. Podobno to kwestia przyzwyczajenia. A chyba skoro można się przyzwyczaić do opcji niejadania nadmiaru białego cukru, który w niczym nie pomaga a za to szkodzi, to jest to opcja godna przemyślenia.

Bierzemy więc:

  • produkt sypki typu płatki owsiane czy jęczmienne, grysik, manna, kasza jaglana itd. Zobacz najpierw, ile to się gotuje, bo na płatki nie potrzebujesz czasu prawie wcale, podczas gdy na kaszę jaglaną przyda się jednak parę minut.
  • coś, w czym to ugotujemy i nie chodzi o garnek. Na przykład mleko, mleko sojowe, kokosowe, migdałowe lub po prostu wodę. Woda z kapką mleka jest równie dobra. Mleko kokosowe = błogość.
  • jakiś owoc, który najlepiej będzie smakował, jeśli dodamy go na końcu, na surowo. Czyli wszelkie jabłka, banany, truskawki, pomarańcze, śliwki itd, co akurat jest na straganie.
  • teraz coś super: dodatki. Ja odkąd czaruję z tymi owsiankami, zawsze mam w domu rodzynki, daktyle, pestki słonecznika, dyni, siekane orzechy, wiórki kokosowe, mogą też być suszone banany, morele, żurawina, dosłownie wszystko, co nam się spodoba na dziale z bakaliami.
  • przyprawy, które dodadzą charakteru, nie zaszkodzi coś korzennego, nawet przyprawa do piernika nieźle wypada, ja polecam cynamon, kakao, imbir, może być masło orzechowe (to słone, bez czekolady), może być czekolada, skórka pomarańczowa i cytrynowa (polecam świeżo starte) dobra jest wanilia, kardamon itd.

W tej potrawie najlepsze jest to, że im więcej wariantów się wypróbowało, tym więcej nowych propozycji następnych kombinacji przychodzi do głowy. Wiele razy spadały nam kapcie, gdy próbowaliśmy kolejnej improwizacji. Szczególnie polecam zestaw z kokosem i bananem, mogę to jeść bez końca, warto też mieć daktyle, są naturalnym słodzikiem.

Robi się to tak:

  1. Dzień wcześniej bierzemy sypki składnik, jaki tam wybraliśmy – na przykład płatki owsiane – i sypiemy do jakiegoś naczynia typu miseczka czy garnuszek tyle, żeby wystarczyło. Na jedną osobę około pół szklanki płatków. Zalewamy wodą na noc lub przynajmniej na jakieś pół godzinki przed gotowaniem. To taki magiczny trik. Dzięki temu rano będziemy krócej to gotować. Ma być tyle wody, żeby przykryło, ale żeby nie pływało.
  2. Rano wlewamy do garnka z pół szklanki mleka, wody lub mleka z wodą i zagotowujemy. W trakcie dalszego przygotowywania patrzymy, czy płynu nie zrobiło się za mało, bo może trzeba będzie jeszcze dodać, a może nie. ja najbardziej lubię, żeby ta owsianka jednak miała trochę zdecydowania w sobie, nie lejąca zupa mleczna, tylko taki gęsty budyń. I dobrze doprawiony.
  3. Wrzucamy do tego nasze płatki czy kaszę. Zmniejszamy ogień i często mieszamy, podczas gdy nasze śniadanko wesoło się pyrta i wypełnia kuchnię pięknym śniadaniowym aromatem. Ile ma się gotować – to już zależy, co wrzuciliśmy, ale jeśli jest to owsianka po porządnym namoczeniu, to dosłownie wystarczy minuta. Pamiętaj, żeby kasze i ryże gotować dłużej – najlepiej tyle, ile jest napisane na opakowaniu albo w internecie i jeszcze na koniec dać im odpocząć parę minut pod przykryciem, żeby wciągnęły resztę płynu. Praktyka czyni mistrza.
  4. Podczas gdy się gotuje, dorzucamy też bakalie. Jeśli dodamy je wcześniej, może z nich wiele nie zostać, ale wzbogacą smak potrawy, jeśli później, będzie na czym ząb zawiesić. Kwestia gustu. Tak samo jak cała reszta tej potrawy, dlatego warto popróbować, porobić kilka swoich wersji, bo na pewno szybko znajdzie się jakiś rewelacyjny, wymarzony wariant, przywodzący na myśl wakacje w tropikach.
  5. Na koniec oczywiście dodajemy owoce pokrojone w drobne kawałeczki, czyli w przypadku tych kokosowych płatków owsianych genialny jest banan, przychodzi mi do głowy też ananas, można by spróbować. Pinacolada na śniadanie i jeszcze jaka zdrowa.

Całość długo się może czyta, ale nie zajmie więcej niż wrzucenie płatków i bakalii do garnka, zamieszanie parę razy i pokrojenie owoców. Na serio, wszystko zależy od tego, co masz w lodówce. Jak masz tam tylko puszkę z pasztetem i stary dżem, to wiele nie wymyślisz, więc zrób sobie listę zakupów i jedziesz z tematem. Pamiętaj też, żeby się przyłożyć. Trywialna rada, ale naprawdę włożenie serca odróżnia standardowe normalne śniadanie od superzajebistego porannego rytuału. Przygotowując jedzenie możesz myśleć, jakie ono jest dobre, zdrowe, jak ładnie wygląda i jak zaraz będzie Ci smakowało. Wrzuć sobie tam garść więcej tych dodatków, które najbardziej lubisz, a których nigdy nie dajesz, bo są drogie. Spraw sobie taką poranną przyjemność, skoro i tak już musisz coś zjeść, bo musisz, jeśli nie chcesz stać się zombiakiem. I jeszcze coś: nie zaczynaj dnia od chaotycznej bieganiny i robienia jednocześnie dziesięciu rzeczy. Niech Twoje śniadanie będzie chwilą spokoju, takim jakby momentem na zebranie myśli i wzięcie rozpędu przed aktywnym dniem. Jedz i nie rób nic poza jedzeniem, bez pośpiechu, bez patrzenia jednym okiem w TV, a drugim w gazetę. Lepiej się strawi, składniki lepiej się wchłoną, a Ty będziesz cieszyć się przez cały dzień lepszym samopoczuciem. (Chyba, że wyjdziesz na dwór, a tam samochód ci nie odpali, jesteś spóźniona i pada, jeszcze zadzwonił szef i drze japę. Ale przynajmniej śniadanie było dobre, więc nie jest źle;))

IMG_0238

IMG_0039

Smacznego:)

 

Reklamy

Jak robiłam wielkie oczyszczanie organizmu

Dzisiejszy wpis to raczej anegdota, lub coś dla ciekawskich, najlepiej takich, którzy poszukują w googlach czegoś na temat oczyszczania organizmu kaszą jaglaną. Postanowiłam bowiem oczyścić swój organizm ze zbędnych toksyn. Wiadomo, tych nigdy nie brakuje, a jak się już oczyszczę, myślałam, z tych wszystkich pozostałości lat hedonizmu, to będzie dopiero fantastycznie, zupełnie, jakbym sobie zainstalowała nowy system na kompie.

Kaszę jaglaną bardzo lubię, dlatego wybrałam monodietę jaglaną, czyli jakby ktoś nie wiedział, jedzenie tylko kaszy przez trzy dni. A to wcale nie takie hop siup zrobić sobie monodietę w moim przypadku. Ja z tych, co lubią mieć menu ułożone na tydzień w przód, żeby zawczasu kupić sobie wszystkie liczne wydziwnione składniki, co drugi dzień biorę obiad do pracy, bo zaraz po pracy joga, do tego obowiązkowo trzeba tak wymierzyć, żeby nic się nie zmarnowało. Moje żywienie to prawdziwa operacja logistyczna. Dlatego z zamiarem tej monodiety nosiłam się prawdę powiedziawszy chyba od trzech miesięcy. Odkąd zaczęła się wiosna, mnie nie udawało się dogadać z samą sobą i innymi żywiącymi się wraz ze mną człowiekami i ludziami, żeby zrobić sobie trzy dni diety. Nigdy na żadnej zresztą nie byłam, chyba, że mówimy o zwyczajnej diecie polegającej na tym, że się nie jada w Macu.

Tym razem okazja była idealna, Wojna wyjechał delegacyjnie, ja zostałam sama, pracować akurat mogę w domu, lodówka prawie pusta, zresztą dla samej jednej siebie to i tak mi się nie chce pichtać. Robimy oczyszczanie. Przygotowywać się do tego jakoś specjalnie nie musiałam, bo raczej nie jem śmieci tak czy siak, to znaczy na pewno zależy to od stadium zdrowego żywienia, bo na przykład nie dalej jak wczoraj wyczytałam, że olej lniany jest niezdrowy i dla kogoś to też może być śmieć, a ja go jadłam w pysznym twarożku ze startą rzodkiewką. Twarożek to też śmieć dla niektórych, bo nabiał. Pewnego dnia z tego wszystkiego zrezygnuję, ale jeszcze nie teraz. Omnomnom.

Zaczęłam rano od jaglanki ugotowanej z odrobiną soli. Często jem jagiełki na śniadanie w najróżniejszej formie, do czego nie omieszkam jeszcze powrócić w następnych wpisach. Dlatego aż tak bardzo mi to nie przeszkadzało. No, jakieś szczególne niebo w gębie to nie było, ale czego się nie robi dla oczyszczania. Za to nie mogłam znieść braku kawy. Zanotowano – zwyczaj do wymiany. Po tym śniadaniu byłam jakaś taka niedojedzona, chociaż nie mogłam już w siebie wepchnąć tej kaszy i jadłam ją na raty. Energii na cały dzień to śniadanie dodało mi tyle, co kot napłakał. Dobrze, że nie musiałam się przemęczać z pracą, bo byłam od tego bardzo daleka.

Koło południa dotarło do mnie, że zaraz wykituję, a jeszcze podobno trzy dni przede mną. Znów byłam głodna, więc pora na drugie śniadanie – kolejną porcję kaszy. Znalazłam jakąś ziołową herbatkę i wspomogłam się nią, ale niewiele mi to dało. Oczywiście ironia losu sprawiła, że cały dom zwrócił się przeciwko mnie, wcześniej tego dnia podczas gotowania kaszy prysnęłam sobie na rękę wrzątkiem, uderzyłam się też w nogę podczas ścielenia łóżka, włączyłam sobie omyłkowo lodowatą wodę pod prysznicem itd. Konsekwentnie otoczenie dążyło do podkopania mojego optymizmu. Z moich super ambitnych planów powoli zaczęło wychodzić wielkie nic (nie napiszę, co wielkiego moim zdaniem zaczęło wychodzić z planów, bo mogę być posądzona o bycie wulgarną).

Kolejną, popołudniową porcyjkę umiliłam sobie więc łyżeczką masła fistaszkowego. Była na pewno smaczniejsza niż poprzednie, chociaż nie wiem, czy całej diety właśnie diabli nie wzięli, ale naprawdę było to jedyne wyjście.

Do tej pory zaczęłam już stawać się stworzonkiem. Jest to taki mój charakterystyczny stan, w którym z dorosłej, ogarniętej babki staję się dwucentymetrowym stworzonkiem podobnym do zabiedzonego smerfika albo innej zmokłej kury, która chowa się w najciemniejszy kąt i nie wyściubia stamtąd nosa, dopóki to nie przejdzie. Zdarza mi się to praktycznie tylko w sytuacjach kryzysowych, więc nie przepełniło mnie zbytnią radością, swoją drogą patrzcie, jaka ekspresowa reakcja organizmu na trzy miski kaszy jaglanej, myślałby kto, że od miesięcy poszczę o chlebie i wodzie. Jakiegoś wyjątkowego hartu ducha to ja nie mam. W żołądku było mi fajnie i lekko, ale to chyba tyle, jeśli chodzi o plusy.  A jednocześnie na komputerze zaczęły mi same wyskakiwać przepisy na to, na tamto, na sernik z nerkowców z figami i na pieczone truskawki, zaczęłam się ślinić jak pies Pawłowa, a zza ściany dla urozmaicenia dobiegł mnie zapach pysznego i niewątpliwie smażonego obiadku.
Następną porcję zjadłam z bananem i łyżeczką miodu. Banany chyba też działają oczyszczająco. Trochę mi dodał animuszu ten banan, ale i tak moja głowa ważyła tysiąc kilo, najchętniej bym się położyła i przespała resztę dnia. Wraz z tą refleksją dotarło do mnie, że jest osiemnasta, a ja prawie nic dzisiaj nie zrobiłam, podczas gdy naprawdę miałam co robić. Zupełnie jakby dopadł mnie jakiś kac. Pewnie to ten sławetny kryzys ozdrowieńczy:P, ale miałam to gdzieś. Tak mi szkoda było tego pięknego dnia, że postanowiłam iść chociaż na spacer. Trochę mi się kręciło w głowie, ale iść jeszcze mogłam 🙂

Efekt tego wszystkiego był taki, że podczas spaceru trafiłam do Biedronki, gdzie w moje ręce dosłownie wbrew mojej woli trafił pierwszy od chyba pół roku batonik z czekoladą, a na kolację najadłam się kanapek z pomidorkiem, najlepszym, jakiego jadłam. Z każdym kęsem wracało mi życie. Przestałam nawet zachowywać się jak księżniczka na ziarnku grochu. Stworzonko poszło tam, dokąd chodzą stworzonka, a ja mogłam już przestać się zastanawiać, jakim cudem nazajutrz wstanę z łóżka, bo kolejnego dnia poświęcić już nie mogłam.

Nie wiem, o co chodzi z tą kaszą, może jakiś dietetyk by mi to sprawnie wytłumaczył. Czy mogło mieć to znaczenie, że jeszcze nie do końca wróciłam do siebie psychicznie po tym całym remoncie i cóż, łatwo u mnie ostatnio o rozchwianie? Czy może przed przejściem na wszelkie diety najpierw powinnam odstawić kawę, bo chyba jej brak odczułam najdotkliwiej? Czy to zawsze tak działa, że błyskawicznie ciało przełącza się w tryb oszczędzania energii? Z pewnością zaczęło coś się dziać, więc to nie pic na wodę, może po trzech dniach poczułabym się wspaniale i jak nowo narodzona, ale to było po prostu nie na moje siły, a naprawdę do tej pory uważałam to za świetny pomysł.

Jeśli kiedykolwiek jeszcze zdecyduję się na dietę tego typu, to muszę pamiętać, aby: mieć przez te dni pod ręką kogoś kto zrobi wszystkie ważne rzeczy za mnie, za to nie mieć zobowiązań ani poważnych planów. Przygotować się na stan absolutnego rozmiękczenia i obiecać sobie jakąś nagrodę, jeśli wytrzymam. I przegonić to cholerne stworzonko. Chociaż teraz to sobie mogę mówić, jak jestem najedzona.

Naprawdę to jest ciekawe, jak bardzo to, co jemy, na bieżąco wpływa na nasze samopoczucie.

Nie jestem wegetarianką

Jedno krótkie zdanie, a tyle emocji. W Internecie od lat trwają tak krwawe wojny mięsożerców z wegetarianami, że zamieszki na Ukrainie to małe piwko. Zostało już wylane tyle jadu, tyle energii poszło w tę agresję, że gdyby tak ci wszyscy ludzie zamiast tego zajęli się tym, co może ich łączyć, i zbudowali coś razem, to mielibyśmy tu już od dawna nieustający raj na ziemi.

Zanim szanowni weganie zaczną rzucać we mnie pomidorami, nadmienię, że mięsa zasadniczo unikam, bo dieta roślinna dużo bardziej mi służy, propaguję ją zresztą na każdym kroku i polecam każdemu, kto chciałby dobrze się czuć. Natomiast nie przeszłam do końca na wegetarianizm i na razie nie planuję tego zrobić, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, od czasu do czasu – szczególnie zimą – moje ciało dramatycznie domaga się mięsa i nie zamierzam z nim walczyć, bo jest mądrzejsze ode mnie. Jeśli będzie gotowe – wtedy pomyślimy. Po drugie, bez urazy, ale nawet jak przejdę na wegetarianizm, to nie powiem, bo nie chcę być kojarzona z całą tą subkulturą – wiecie, dredy, arafatki, poczucie misji i wiele hałasu. Jesteś wege i nie jesteś mesjaszem? No to super, piąteczka, oby takich przypadków było więcej, bo na razie strach się przyznać, że się czegoś nie jada.

Zanim zaś szanowni mięsożercy zaczną mi podtykać schabowe, dodam też, że dla mnie codzienne napychanie się mięsem jest jakimś absurdem. Gdy przyjrzeć się jakiemukolwiek cieszącemu się zdrowiem społeczeństwu, ludom plemiennym typu Hunza (bardzo pozytywne plemię – warto poczytać), Japończykom albo nawet samym Słowianom setki lat wstecz, to wychodzi, że żadne z nich nie konsumuje tyle mięcha co my obecnie. My jako cywilizacja Zachodu, znana ze swoich fikuśnych chorób. Po prostu codzienne jedzenie takich ilości białka zwierzęcego nie jest konieczne ani zdrowe, sprawia, że w jelitach odkładają się jakieś syfy, równowaga w organizmie zaburza się, a jeszcze do tego permanentnie brakuje nam witamin, bo przecież wszystko naraz się w żołądku nie zmieści, a poza tym trawę to zwierzęta jedzą. Tyle się zastanawiamy, czy dieta wege to aby na pewno zaspokoi nasze zapotrzebowanie na wszystkie mikroelementy, a nikt nie pomyśli, że jedząc typowy polski obiad też sobie ich nie dostarczamy, i pal licho wszystkie suplementy w tabletkach, tabletki na wątrobę, na nerki, na serce i na mózg najlepiej.

Czy temat cierpienia zwierząt wpływa na moje stanowisko? Na pewno przyczynia się w ten sposób, że mam stanowczo dość głośnego lamentu wojujących internetowych wegefaszystów, którzy chcieliby, abym co minutę oglądała jakieś trupy z rzeźni albo coś w tym stylu. Na mnie działają pachnące, kolorowe i apetyczne warzywa na straganie, lekkie i stabilne samopoczucie na co dzień, duża witalność, różnorodność i bogactwo potraw i przypraw, bo jest naprawdę w czym wybierać. Dlatego uwielbiam wszelkie wegeblogi kulinarne i ogólnie tę część internetu, w której można dowiedzieć się, jak i dlaczego fajnie jest prowadzić zdrowy tryb życia i być jak najmniej inwazyjnym dla otoczenia. Za to ciągłe epatowanie okrucieństwem jest dla mnie raczej objawem jakiegoś toksycznego problemu ze sobą, który w dodatku mógłby na mnie przeskoczyć, dlatego wolę się trzymać od takich ludzi z daleka. Zresztą ponoć gdyby człowiek jadł tylko tyle produktów odzwierzęcych, ile biologicznie potrzebuje, to nie mielibyśmy żadnej ich nadprodukcji przemysłowej, żadnego niepotrzebnego cierpienia. Jestem i mam zamiar być właśnie takim człowiekiem. Chyba, że pewnego dnia mnie coś trafi i przejdę na frutarianizm albo zasilanie praną, wtedy dopiero będę mogła się wozić, że nie zjadam żadnych żywych organizmów. Póki co, zjadam je, na przykład marchewkę, i czerpię z nich energię, tak akurat a nie inaczej to wygląda.

Oczywiście mówię za siebie, bo mam szczerze mówiąc w głębokim poważaniu to, co Ty akurat osobiście jesz a czego nie jesz, i jeżeli tylko o tej nieszczęsnej diecie byśmy mówili, to byłby koniec tematu.

Mam jednak niefart nie opowiadać się jednoznacznie po żadnej ze stron i dlatego zarówno wegetarianie, jak i mięsożercy, uważają mnie za przedstawicielkę tego przeciwnego obozu i jedni i drudzy przypuszczają na mnie ataki. Założę się, że nawet czytając ten artykuł zwróciłeś uwagę głównie na argumenty, z którymi się nie zgadzasz i już zdążyłeś uznać, że stoję w opozycji do Ciebie 🙂 Masz mój obraz chudej, pryszczatej i bladej weganki chwiejącej się na nogach albo morderczyni z przekrwionymi oczami, z gębą ociekającą tłuszczem od opychania się kurczakami z KFC 😀 Prawda, że to wymowne? A jak myślisz – prawdziwe?

Dlaczego trzeba opowiadać się za którąś ze stron i dlaczego ludzie oczekują, że będę to robić? Po co jest nam ten czarno-biały obraz świata, to dopasowywanie go do stereotypów? Z uporem maniaka kwalifikujemy, szufladkujemy i nalepiamy etykietki. I sobie, i innym. Osoby o etykietkach innych niż nasze traktujemy jako wrogów, których należy przywołać do porządku lub spacyfikować. Jesteś z nami albo przeciwko nam, a jeśli przeciwko, to zginiesz marnie. Wolimy walczyć z odmiennością, niż szukać podobieństw. Przyjmujemy lub odrzucamy daną ideologię w całości, bez skupiania się na szczegółach. Nie zauważamy, jak duży mamy tak naprawdę wybór. A to wszystko w dobie dialogu na temat tolerancji, otwartości, świadomości. Może zamiast daremnie próbować zmieniać świat, zacznijmy od drugiego końca i zajmijmy się tym, co można ulepszyć w samym sobie?

Opowiadam się stanowczo po stronie równowagi, szacunku i umiejętności zakopania toporu wojennego wtedy, kiedy nie jest on potrzebny. Zapalmy zamiast tego fajkę pokoju 🙂

PS. Czy w daniu z tytułowego zdjęcia (przedstwiającego mój przykładowy obiad) jest mięso, czy nie ma? Przyjmuję zakłady;]

Łódź Festiwalowa #1: Łódź Czterech Kultur

Miniony weekend obfitował w atrakcje kulturalne jak mało który. Organizatorzy festiwali wszelakiego rodzaju postanowili się zmówić i wybrać ten sam termin. Z tego, co do mnie dotarło, do wyboru był: Festiwal Animacji, Fotofestiwal, Łódź Czterech Kultur, Street Food Festiwal, Festiwal Festiwali i Festiwal Festiwali Festiwali (Jak napisać słowo bardzo wiele razy, to traci swoje znaczenie i zaczyna wyglądać nienaturalnie). Miało to zalety dla kogoś, kto akurat postanowił specjalnie przyjechać do Łodzi, ale też przez to, że wszystko ze wszystkim się pokrywało, a jeszcze trzeba było kiedyś zjeść obiad i oddać się relaksowi, sporo dobrego mnie ominęło, za to przez resztę letnich weekendów pewnie będę się ciężko zastanawiać, co ze sobą zrobić. (Chyba, że to dopiero początek. Na przykład za tydzień jest Festiwal Kolorów).

Mój wybór padł na Festiwal Łódź Czterech Kultur, oferujący sporo darmowych i całkiem atrakcyjnych występów artystycznych, i na Fotofestiwal, gdzie szczególnie skusiły mnie fotospacery. W programie zwiedzanie starych Zakładów Przemysłu Wódczanego „Polmos” na Wydawniczej, a także, uwaga, łódzkich elektrociepłowni!! Jako miłośniczka industrialnych krajobrazów, ciężkiej maszynerii i stref podwyższonego zagrożenia nie mogłam tego przepuścić, tym bardziej, że od dziecka chciałam tam wejść. Dziwne marzenia jak na dziecko, ale gdy dodać, że to dziecko pochodzi z miasta włókniarzy i jednym z jego pierwszych wspomnień jest widok na starą fabrykę na Zarzewskiej, to wszystko staje się jasne.

W pierwszej kolejności opiszę, jak się ukulturalniłam na Czterech Kulturach, a w drugiej części będzie dużo industrialnych zdjęć do oglądania. Ponieważ z całej gamy atrakcji przeważnie moją uwagę przykuwa to, co prezentuje się najdziwniej i najbardziej nieprzewidywalnie, postanowiliśmy z Wojną (mamy wzajemny zaszczyt dzielić ze sobą życie) zobaczyć Cyrk Czterech Kultur, w szczególności rosyjski niemy teatr clownów Licedei. Na dzień dobry kilka razy zapytano nas w różnych punktach na wejściu, czy jesteśmy rodziną lub znajomymi, a gdy okazało się, że tak tylko przyszliśmy sobie popatrzeć, wszyscy okazywali zdziwienie. Czyją rodziną miałabym być? Rosyjskich clownów? Aż spojrzałam w lusterko, czy nie mam rosyjskiego typu urody, ale nie. Polecono nam, by usiąść w tylnych rzędach, ale ponieważ publiczność stanowiąca krewnych i znajomych… jak się okazało niepełnosprawnych dzieci występujących wraz z artystami na scenie, zajmowała najwyżej połowę sali, a reszta była raczej niezasiedlona, pozwoliliśmy sobie usiąść w rzędzie środkowym. Na szczęście nie przegonił nas stamtąd żaden ruski arystokrata. Wstęp jest taki przydługi, bo i na start przedstawienia trochę trzeba było poczekać, ale w końcu się udało. Jak było? Cóż, dawno nie widziałam występu clownów, ale ten wyglądał naprawdę nietypowo. Na pewno bardzo kolorowo. I w pewien sposób nieziemsko. Czasem zabawnie w niewymuszony, cyrkowy i bezczelny sposób, czasem ładnie, delikatnie i baśniowo, czasem chaotycznie, hałaśliwie i niezrozumiale, gdy na scenie nagle robiło się tłoczno, każdy robił co innego, a wszystko naraz i z osobna nie miało cienia sensu. Wyszliśmy zadowoleni i dość zmęczeni. Na pewno nie można powiedzieć, że występ był krótki albo pozostawiał niedosyt.

Drugiego dnia pokusiliśmy się o wizytę na Rewolucji 29, gdzie w podwórku kamienicy miał się odbyć jednorazowy eksces artystyczny „Lament Łódzki” z udziałem studentów wydziału aktorskiego łódzkiej Szkoły Filmowej. Tam również trzeba było trochę poczekać na rozpoczęcie, a to dlatego, że pod bramą stało chyba ze sto osób, a wpuszczano strumyczkiem po dwie, trzy osoby od czasu do czasu i nikt nie rozumiał, dlaczego. Dobrze, że udało się wbić tak blisko wejścia, bo inaczej moglibyśmy zostać odprawieni z kwitkiem. Gdy w końcu brama otwarła się szerzej i weszliśmy jako jedni z pierwszych przedstawicieli plebsu, okazało się, że całe podwórko jest już zadźgane vipami, czyli krewnymi i znajomymi, którzy zajęli każde wolne miejsce siedzące. Absolutnie mi to nie przeszkadzało, bo jako była harcerka wszędzie noszę ze sobą kraciasty koc, który niewiele myśląc wyciągnęłam z plecaka i zrobiłam sobie miejsce siedzące na ziemi. Ludzie obsiedli nie tylko wolne skrawki spękanego betonu wokół mnie, ale też dachy i klatki schodowe. Tylko przejście po prawej stronie tłumu musiało pozostać wolne, o czym dowiedzieliśmy się wiele razy, ponieważ mniej więcej co minutę ktoś był stamtąd przeganiany:)

A spektakl? Fantastyczny, wciąż do niego wracamy z Wojną i przerzucamy się cytatami. Przede wszystkim mega pomysł. Całą treść merytoryczną stanowiły wypowiedzi internautów znalezione w anonimowej przestrzeni wirtualnej, gdzie jak wiadomo każdy pisze, co mu ślina na język przyniesie i wszystko jest jednocześnie autentyczne i bezwartościowe. Teraz zostało to ucieleśnione, przeniesione w walące się, pachnące stęchlizną, obdarte podwórze częściowo opuszczonej kamienicy, oświetlone i nagłośnione tak, że przypominało wielki, surrealistyczny teatr. Myślę, że aktorzy dali sobie radę z interpretacją internetowych mądrości wręcz śpiewająco. Dosłownie, bo sporo śpiewali, darli też ryja, przeklinali i tańczyli w rytmie wiejskiego techno, co akurat jest trochę niesprawiedliwe, bo w Łodzi techno zawsze było dobre. Reszta była prawdziwa do bólu i trafiona w sedno. Łodzianie z upodobaniem srają we własnym domu. Strzygą się w Tesco na Widzewie, kupują w Biedronce, nawet zarabiając osiemnaście tysięcy miesięcznie. Można tego wszystkiego dowiedzieć się z forum Gazety, ale też z własnych obserwacji. Natomiast czy wszyscy? Fora internetowe typu Gazeta czy Kafeteria to kwintesencja polskiej napinki, siedlisko sfrustrowanych kur domowych i wszechwiedzących wujków dobra rada, ale w moim środowisku chyba nie ma ani jednej osoby, która by tam namiętnie przesiadywała (Jest? Dajcie mi znać, to wywalę ją ze znajomych, hłę hłę), chyba, że dla beki i dla zadziwienia się, że ktoś naprawdę tak napisał. Część z wypowiedzi na forach to przecież także trolling, czyste prowo, służące temu, by podniósł się kurz i pierze rozhisteryzowanych kur i kogutów. Nic z tego nie dzieje się naprawdę. Czy zatkało kakao? Nie, za długo już siedzę w internecie i zbyt wiele osobliwości w nim widziałam, nawet więcej, niż bym chciała. Natomiast to chyba najciekawszy spektakl, jaki obejrzałam w ostatnim czasie. Bezceremonialny, narysowany grubą kreską i chwytający za serce, nawet, jeśli nieco przeciągnięty. Kocham moje miasto i ten jego surowy klimat. Mimo wąwozu Zdanowskiej i tragicznego wizerunku, który sami sobie stworzyliśmy. Mam nadzieję, że młode pokolenie, które siedzi na rampie na Offie, a nie na forum Onetu, trochę go podkoloruje w przyszłości. Póki co, dobrze, że coś się dzieje, że ktoś coś robi, że nie jesteśmy skazani na wieki wieków na tandetę i chodzenie po linii najmniejszego oporu.

Łódź Czterech Kultur odbędzie się także w nadchodzący weekend, ale z tego, co wiem, nie będzie mnie w mieście. Nawet najbardziej zakochana w Łodzi mieszczka musi czasem od niej odpocząć:)

Natomiast o Fotofestiwalu i zapierającej dech w piersiach EC2 opowiem następnym razem, czyli niedługo.

Stay tuned, keep calm & have fun!

Sauna z gołym tyłkiem

Dziś perwersyjnie i prowokacyjnie opowiem wszystkim w internecie o tym, jak to saunowałam ostatnio bez majtek. Mało tego – to nie wydarzyło się jeden raz. To mój cotygodniowy rytuał od kilku lat. A gdy na dworze zimno, jesiennie i melancholijnie, wtedy to wręcz podstawa dobrego samopoczucia, magiczny trik, który szary i deszczowy dzień przemienia w cieplutką i przytulną okazję do relaksu.

Sauna daje regularnie korzystającym z jej uroków szereg istotnych korzyści, ale w oczach społeczeństwa stanowi przybytek demoralizacji. Tym bardziej, że często jest koedukacyjna. Widuję przerażenie w oczach niektórych znajomych, powiadamianych przeze mnie, że owszem, bywam i to regularnie. Takie zwątpienie: ale naprawdę? Jak ty dajesz radę? Przecież to takie… obleśne. Jacy ludzie muszą chodzić do takiej sauny? Chyba sami zwyrodnialcy i bezwstydnicy. I rozbierasz się tam przed nimi? Ja bym nie mogła, przed tymi wszystkimi starymi dziadami. / Mnie to na pewno od razu by stanął na widok tych wszystkich nagich piękności. Ale nie można w kostiumie?

Sama uważałam, że to jakaś mocno podejrzana kwestia! Aż nie poszłam. W ramach rozrywki i na zasadzie: czego by tu nowego spróbować? No i się naoglądałam: ciała młode, stare, szczupłe, grube, jędrne, obwisłe. Leżące, siedzące, zwisające z desek sauny w całkowitym rozluźnieniu niczym różowe leniwce. A wszyscy kompletnie aseksualni! Przez ponad dwa lata regularnego chodzenia nie spotkałam się z ani jednym przypadkiem widocznego pobudzenia seksualnego (co byłoby trudne do ukrycia). Nie widziałam też żadnych prowokatorek z rozchylonymi udami, których chyba należałoby oczekiwać w miejscu o podobnych standardach moralnych. Było za to kilka zwracających na siebie uwagę wstydnisi, próbujących wejść w ręczniku do jacuzzi. Ale to już wina naszej kultury. Cóż ja poradzę, że urodziłam się w Polsce, a nie na ten przykład Skandynawii? Swoją drogą dobrze, że przynajmniej w Polsce, a nie w Indiach, gdzie krępacja osiąga takie rozmiary, że nawet ich prostytutki nigdy nie rozbierają się do naga, a co dopiero normalni ludzie. Co kraj, to obyczaj, ale czy musimy powielać akurat obyczaje oparte na wstydzie i wyrzutach z powodu posiadania ciała?

Nadmienię też, że koszmar, polegający na spotkaniu swojego szefa, pracownika, wujka, szwagra lub teściowej, który wszyscy wymieniają jako argument przeciw publicznemu obnażaniu się na saunach czy plażach nudystów, jeszcze nigdy się u mnie nie ziścił. Mam wśród znajomych osoby, które bywają na tej samej saunie, ale najczęściej się mijamy. Po tych wszystkich wizytach nie sądzę, żebym miała specjalny problem z jakimś niespodziewanym spotkaniem. Jakoś tak nabiera się naturalności i przestaje zwracać uwagę na fakt braku ubrań. Po prostu to jest istotne i gorszące tylko dla tych, którzy nie byli, a coś słyszeli.

Po co wobec tego chodzić do sauny, jeśli nie z przyczyn ekshibicjonistycznych? Jeśli ktoś przegapił fakt pojawienia się wyszukiwarek internetowych lub chce się tego dowiedzieć za moim pośrednictwem, z przyjemnością opowiem. Sauna pomaga w usuwaniu wszelkich odpadów przemiany materii, toksyn i zanieczyszczeń. Dzięki podniesieniu temperatury ciała wybija wszelkie potencjalne źródła infekcji, zwiększa produkcję przeciwciał i co za tym idzie odporność, poprawia krążenie i ukrwienie narządów wewnętrznych, wspomaga odchudzanie i regenerację mięśni po wysiłku. Działa antystresowo i antydepresyjnie, wspaniale relaksuje umysł. W tej temperaturze myśli rozpływają się tak samo jak ciało. Panuje nastrój oderwania, czasem wręcz medytacji, co jest wtedy bardzo ułatwione. Oczywiście pod warunkiem, że nie trafi się hałaśliwe towarzystwo, traktujące saunę jako jeszcze jedną okazję do pogadania o ostatnim grillu na działce. Ja ostatnio widziałam pana siedzącego w asanie znanej z jogi:)

Bardzo istotna do aktywacji tych wszystkich zdrowotnych cudów jest ta cała mordercza balia z lodowatą wodą, do której pakujemy się po zakończeniu pobytu w piekarniku (i koniecznie opłukaniu się pod prysznicem!). Bez niej to naprawdę nie to samo. Trzeba się trochę przemóc, ale po tej wanience ciało jest po prostu jak nowe, zresztą jest to jedna z wielu rzeczy, których nie da się opisać słowami i warto tego po prostu doświadczyć. Bardzo polecam też wyjście z sauny wprost na siarczysty mróz i nacieranie śniegiem, kosmiczne uczucie, do mrozów jeszcze trochę czasu, akurat w sam raz tyle, żeby się psychicznie nastawić.

Podobnie, jak warto udać się na seans naparzania, czyli saunowania w wersji hardcore, z zapachowymi olejkami i przenikającymi ciało falami piekielnie gorącego powietrza, rozdmuchiwanego przez saunamajstra machającego ręcznikiem z nierzadko wręcz artystycznym kunsztem. Przy czym to, jaki będzie to rytuał, zależy już od obiektu. Na łódzkiej Fali naparzania są swobodne, tłoczne i zabawnie przaśne (najczęściej jest konkurs na najbardziej świński kawał). W czeladzkim Pałacu Saturna można wziąć udział na przykład w naparzaniu przy akompaniamencie dźwięków mis tybetańskich lub z solnym peelingiem o zapachu melona. MIAZGA. Nie wspominałam, że zamierzam zostać turystką saunową? No, to wspominam. Następny w kolejce chyba Wrocław.

A czy można w kostiumie? Ustalmy jedną rzecz: Do sauny nie chodzi się po to, żeby ładnie wyglądać niczym z ulotki ośrodka SPA, ani żeby poczuć wielkomiejski sznyt, tylko żeby porządnie się wypocić i zahartować. Dolne partie ciała, przeważnie skrywane pod kostiumem, pocą się bardzo intensywnie. Wyobraźmy sobie, że to wszystko wsiąka w kostium. Później w tym kostiumie dla schłodzenia moczymy tyłek w wanience z zimną wodą, w której wcześniej moczyło się kilkadziesiąt innych kostiumów, co z tego, że opłukanych pod prysznicem. Trzeba byłoby je chyba co pięć minut wyprać. Z taką apetyczną porcją różnego rodzaju bakterii idziemy znów zasiąść w saunie. Wilgotne gacie parują, urozmaicając atmosferę pomieszczenia o nowe, ciekawe składniki, na przykład chlor lub amoniak. Dlatego w gaciowych saunach jest zawsze tak dziwnie duszno. Pot ma skład w dużej mierze podobny do moczu. Przypomnij to sobie, kiedy następnym razem przyjdzie Ci do głowy saunować w kąpielówkach i pomyśl, jak wtedy muszą czuć się Twoje uwięzione w poliestrowej pułapce części niesforne:)

Gorąco pozdrawiam wszystkich zagorzałych saunowiczów!

 

Skarby z mojej mptrójki

Dzień taki jakiś niemrawy, coś musi być z ciśnieniem, a jak na złość na każdym kroku wyskakuje tysiąc różnych naprawdę ważnych i pilnych spraw do zrobienia. Głównie stresująco-remontowych i denerwująco-zawodowych. W dni takie jak ten włącza mi się maruda jak na zawołanie. Postanowiłam więc rozchmurzyć się odrobiną muzyki.

Mój odtwarzacz mp3, od lat ten sam, dzielnie jeździ ze mną wszędzie, choć bateria trochę mu niedomaga, ma za to nowe słuchawki, bo takich, które w mojej torebce przeżyją więcej niż 1-2 lata jeszcze nie wynaleziono.

Powiedz mi, co masz na mptrójce, a powiem Ci, kim jesteś?
Z chęcią dowiem się, w jaki sposób charakteryzuje mnie następujący zestaw:

Bonobo – Days to come

Cała twórczość Bonobo to taka leniwa, lejąca się jak syrop klonowy, a jednocześnie brudna, zgrzytliwa i piaszczysta muzyka na długie spacery czy podróże autobusem. Ma to, co lubię, czyli dobre kompozycje i melodie. Feeling leśnego chilloutu udekorowanego kwiatami, umieszczonego w jakiejś starej fabryce. I od czasu do czasu zaskakujące rozwinięcie kawałka, który zupełnie inaczej się zapowiadał. Mam też nowy album Bonobo, ale jeszcze za dobrze się z nim nie zapoznałam, wiec trudno o recenzję. Ten musi wystarczyć. Bardzo smaczny kąsek.
Będę wklejać całe albumy lub pojedyncze utwory, w zależności od tego, co jest dostępne:

 

High Contrast – Essential Mix 2007

Dźwięki drum’n’bassu nieodmiennie wywoływały mój entuzjazm, odkąd zaczęłam chodzić na jakiekolwiek imprezy, chociaż przez lata moje uszy wielbiły raczej cięższe, mechaniczne jego odmiany. Obecnie mi odbiło na stare lata i choć nie pogardzę porządnym techstepem wiercącym dziury w piekle, to doceniam też lekkostrawne, energetyczne dramiki rodem z Hospitala, idealne do furki w trasę lub na poranne tańce przed pracą. Wiem, że każdy tru dramenbejsiarz mnie za to zjedzie, raz już zostałam za to skrytykowana przez internet, a to, wiadomo, poważna sprawa, strasznie się przejęłam i przez tydzień nic nie jadłam. Na szczęście już od dawna nie jestem czarnowłosą dziewuchą zasuwającą po mieście z saszetą i w czarnych podkolanówkach, więc wybaczcie, ale mam to w poważaniu, ten set katuję chyba najczęściej, chociaż znam już każdy sampel.

 

DJ ’95 Style vs DJ Mystic, DJ Notty Noiz & MC Komet – Live @ Nocny Trans ’05 🙂

Tak naprawdę muzyka z tego setu – soczysty happy hardcore – nie pochodzi wcale z 2005 roku, tylko z końca lat dziewięćdziesiątych, w dodatku żaden normalny człowiek nigdy jej nie słyszał poza mieszkańcami Londynu i nie wiedzieć czemu garstką maniaków z Łodzi i Torunia. Nie grają jej już na żadnych łódzkich baletach, chyba, że grają, a ja o tym nic nie wiem, co nie jest wykluczone. A co robi na mojej mptrójce? To, że jakiś czas temu intensywnie udzielałam się na forum Nocnego Transu i w społeczności związanej z tą audycją, żyłam tym w jakiś sposób, byłam w Radiu Łódź kiedy ten set powstawał i budzi on moje nostalgiczne wspomnienie takiego niewinnego, może naiwnego okresu w moim życiu, który odszedł w niebyt i mogę go sobie ewentualnie czasem powspominać.

{tutaj link pojawi się może później – musiałabym wrzucić to sama na youtube, bo nie ma. Ale może się o to pokuszę}

 

Koop – Waltz for Koop – Alternative takes

Lubię, kiedy jakaś moja znajoma czy znajomy dosiadają się do mojego folderu z muzyką, bo zawsze odkryją coś, co zalegało latami w ciemnych czeluściach mojego dysku, kompletnie przeze mnie niedoceniane. Tak też było z tym albumem. Cała muza Koop’a (tak dwuznacznie się nazywa: czego słuchasz? KUPA. Coś jak lumpeksy Fart, tylko że w drugą stronę) to zbiór misternie skonstruowanych arcydzieł i raju dla moich uszu, spragnionych skomplikowanych aranżacji i dobrych pomysłów. Znajdzie się i jazz, i house, i połamane rytmy, w remiksach różnych twórców. Bardzo inspirujący jest ten album. Całą muzykę artysty Koop:) polecam wszystkim miłośnikom niebanalnych, nieoczywistych i nienudzących się szybko dźwięków.

 

Kult – różne luźne kawałki

Kazik ma twarz, jakby przejechał po nim czołg albo stado pędzących kombinerek, ale jego charyzma sprawia, że nawet w obecnym wieku uważam go za przystojnego faceta i wprost uwielbiam jego zmysł artystyczny i poczucie humoru. Miałam przyjemność gościć w łódzkiej Wytwórni na tegorocznym koncercie unplugged i zaiste podobało mi się. Wybrałam sobie kilka starych kawałków Kultu, żeby jarać się zawartymi w nich tekstami i nie tylko – bo warstwą muzyczną też. To też trochę portret minionej Polski, a jednocześnie wciąż współczesnych Polaków, którzy aż tak się nie zmienili. A trochę po prostu swojskie wygłupy.

 

Zero 7 – Simple things

To mój najukochańszy album downtempo, którym mogę się zachwycać, chociażby i wyszedł mi bokiem z każdej strony (tak właśnie jest. Nie mogę już go słuchać, ale wciąż się zachwycam). Wszystkie dźwięki są poukładane we właściwym porządku, kolejno rozkwitają, zabierają cię w podróż, wprawiają w nastrój rozmarzenia. Na dzisiejszą aurę jak znalazł. Wiadomo, kwestia gustu, ale ja więcej nie potrzebuję. Inne albumy Zero 7 też lubię – każdy jest inny – ale ten pozostanie na mojej liście top 10 ever, lub inaczej – znajdzie się na niej, jeśli taka lista powstanie, bo strasznie byłoby to trudne, tyle jest pięknej muzyki.

 

I to wszystko, koniec i bomba, kto słuchał, ten trąba! Mam nadzieję, że dostarczyłam komuś rozrywki, bo sobie bardzo.

Zostawić melanż

*melanż (fr. mélange) – mieszanka, miks; w młodzieżowym rozumieniu chodzi o weekendową mieszankę różnego rodzaju używek, sprawiającą, że prędzej czy później (im prędzej, tym lepiej) siedzisz z miną jak Zjarany Zbyszek i mówisz: „haaaa… ale faza”, później nieuchronnie demolujesz koledze prysznic przy okazji rozbijając lustro, ewentualnie spadasz z kibla i nie możesz się podnieść, więc puszczasz pawia i zasypiasz.

Jak niedawno czytałam, spośród różnych sposobów picia alkoholu obecnie najmodniejszy jest tak zwany binge drinking, polegający na intensywnym przyjmowaniu dużych ilości wódki i substancji pobocznych przez jeden lub dwa dni weekendu w celu kompletnej utraty świadomości.
Czyli jeżeli pijesz trzy piwa w sobotni wieczór i zapalasz jednego jointa, to nie jest żaden melanż, a Ty jesteś passe i zachowujesz się, jakbyś miał siedemdziesiąt lat.

Każdy będący w temacie imprezowicz orientuje się, że tydzień ma dość typowy przebieg wydarzeń:

Czwartek

Czujesz się dobrze. Jesteś zaaferowany tym, że jutro piątek. Wiadomo, jeszcze praca, ale już taka czwartkowa. Szukasz ciekawych wydarzeń na fejsie. Może nawet znajdzie się czas na małe piweczko wieczorem, w gronie przyjaciół.
Wydatki: hot dog w pracy – 5 zł, dwa piwka – 14 zł, papierosy – 12 zł. Razem 31 zł.

Piątek

Czujesz się wspaniale. Trzeba tylko wytrzymać do określonej godziny i w końcu PIĄTECZEK! Nie musisz już aż przez kilka dni wykonywać swojej znienawidzonej pracy! Możesz w końcu zrobić, co zechcesz. Czyli się zmasakrować. Pierwsze piweczko otwierasz od razu po przyjściu do domu albo jeszcze w drodze. Zawodnicy bardziej subtelni otworzą je dopiero na domówce, biforze, murku, fontannie lub nawet w klubie, jeżeli mamy styl na bogato albo słabą głowę. Ze wszystkimi znajomymi napotkanymi po drodze witamy się i od razu żegnamy, bo już zaraz nie będziemy nic pamiętać (to nie moje, ale boskie, kiedyś się nieźle się z tego uśmiałam w internetach:)) Jest wspaniale, browar się leje, kobiety dookoła, stary co się dzieje! Dużo śmiechu, wspinania się na wyżyny absurdu i tylko ten trzeźwy kolega, który nie wiadomo po co tu siedzi i lepiej niech już sobie idzie, ma coraz bardziej nietęgą minę. Można ewentualnie zmienić lokal na taki z lepszą muzą, dokupić jeszcze alko i cieszyć się jazdą na całego. Parkiet wciąga. Kto nie ma siły, niech się wspomaga. Mnożą się pamiętne chwile, których nikt nie zapamięta, bo każdy już od dawna ma blackout. W końcu piąteczek swobodnie i leniwie przeradza się w sobotę rano. Wtedy jedni podejmują decyzję o przedłużeniu imprezy o afterparty, inni jadą do domu, niektórzy przepadają gdzieś po drodze z nowo poznaną laską, której imię zapamiętają tylko dlatego, że ma je wytatuowane na tyłku.
Wydatki: dwa piwa – 10 zł, zrzuta na flaszkę – 10 zł, kolejne piwa – 20 zł, papierosy – 12 zł, taksówka po mieście – 15 zł, wjazd na imprezę – 10 zł, sztuka palenia na pół – 15 zł, składka na sztukę jakiegoś proszku, sprzedawanego jako mefka – 20 zł, kolejna wódka – 10 zł, taksówka na after 20 zł. Razem 123 zł.

Sobota

Opcja dla prawdziwych imprezowiczów: jedziemy po nową gorzałę i na kwadrat. Nikt już od dawna nie chce wiedzieć, jak wygląda ani słyszeć, co sam mówi. Na środku chaty siedzą dwie zgarnięte nie wiadomo skąd nieznajome panny z makijażem rozmazanym na pół twarzy i dyskutują o tym, czym różni się pies od kota. Tutejszy kot nota bene dawno już popełnił samobójstwo. W pokoju jest ciemno jak w dupie, bo goście mają światłowstręt. Powietrze można rąbać siekierą, a wszyscy leżą i unoszą się w niebycie, podtrzymując atmosferę dawkowanymi regularnie kielonkami i puszczaną głośną muzyką oraz nonsensownymi filmikami z Youtube, które wywołują zbiorowe ataki histerycznego śmiechu. Nagle do kogoś dzwoni mama, czy robić mu kolację, a przy okazji okazuje się, że jest osiemnasta. Wtedy jedni podejmują decyzję o odejściu na kolejne okrążenie, no, ewentualnie po krótkiej drzemce. Inni jadą dogorywać.
Wydatki: trzy piwa – 10 zł, flaszka tradycyjnie do podziału – 10 zł, pizza do podziału – 10 zł, czwarte i piąte piwo – 6 zł. Razem 36 zł.

Niedziela

Dziś świat jest rzadki i przelewa się przez palce, czas nie istnieje, a Ty odsuwając napady lęku wkraczasz do domu na miękkich nogach i z marszu chowasz się pod kołdrę. Chyba, że siedzisz pod nią już od wczoraj. Tak czy inaczej przez cały dzień stamtąd nie wyjdziesz. Lepiej, żeby w pobliżu był telefon, z którego można zadzwonić po pizzę. Nastrój poprawiają też piwka i jakiś blancik. I dużo wody. Niestety jeżeli przypadkiem się zatrułeś, to przez cały dzień nic nie zjesz ani nie wypijesz. Zamiast tego poznasz smak najgłębiej skrywanych treści swojego żołądka. Albo smak kartonu i waty. Chwila, w której można przyjąć jakiś pokarm, jest jak błogosławieństwo.
Wydatki: taksówka do domu – 20 zł, trzy piwka – 9 zł, tanie fajki – 11 zł, pizza – 25 zł. Razem 54 zł.

Poniedziałek

Nie jest tak źle, jak się spodziewałeś. Jakoś udaje Ci się wstać do pracy. Zresztą każdy w firmie jest tak samo chwiejny i bezproduktywny, więc nie czujesz się osamotniony. Wszyscy chwalicie się przed sobą nawzajem, kto był na lepszej imprezie i opowiadacie sobie, kto co odjebał. Wieczorem idziesz na jakieś zajęcia fizyczne i saunę, żeby wyrzucić z siebie toksyny. Jeśli starczy siły, to jeszcze spacer. W głowie nie za ciekawie, po piętach depczą stare znajome demony, ale udaje ci się je przegonić.
Wydatki: sauna 25 zł.

Wtorek

Niestety jest gorzej, niż wczoraj. Mówi się o czarnym wtorku. Polega on na tym, że w poniedziałek jedziesz jeszcze na oparach z weekendu, a we wtorek organizm doświadcza pełni zniszczenia. Twardo wykonujesz swoje obowiązki, ale tak naprawdę przez cały dzień nie udaje ci się nic osiągnąć poza częściowym pozbieraniem się do kupy. Wieczorem siłownia albo inny solidny wycisk dla zabicia wyrzutów sumienia. Lista pilnych zadań na ten tydzień pokrywa się kurzem i wolisz nawet do niej nie zaglądać. Zdobywasz się za to na odwagę, by zajrzeć do portfela. Bilans: -280 zł. Życie jest ciężkie i boli.

Środa

Czujesz się już lepiej! W głowie trochę szumi, ale to przejdzie. Będziesz żyć. Może nawet nie wywalą cię z roboty. Jaka to ulga, wstać wypoczętym i w normalnym nastroju. Nareszcie możesz się na czymś skupić i nawet nadrobić trochę zaległości, aczkolwiek bez przesady, aż tyle pary to ty nie masz. No, może trochę posprzątasz, zrobisz pranie. Później trzeba się zrelaksować, więc spotykasz się ze znajomymi i spędzacie jakoś nietoksycznie czas. Dzięki temu masz pewność, że wszystko jest z tobą w porządku.
Wydatki: bilet do kina albo obiad w knajpie – 20 zł, fajki – 12 zł, jedno piwko – 7 zł.

Czwartek

Czujesz się dobrze. Jesteś zaaferowany tym, że jutro piątek. Wiadomo, jeszcze praca, ale już taka czwartkowa. Szukasz ciekawych wydarzeń na fejsie. Może nawet znajdzie się czas na małe piweczko wieczorem, w gronie przyjaciół.
Wydatki: hot dog w pracy – 5 zł, dwa piwka – 14 zł, papierosy – 12 zł. Razem 31 zł.

I tak dalej.

Gdy masz lat kilkanaście, jest to jak marzenie. Gdy dwadzieścia parę – codzienność. Gdy przekraczasz trzydziestkę, może nadejść chwila nieprzyjemnej refleksji, że żyjesz w ten sposób od ponad dziesięciu lat, ale niekoniecznie musisz się tym przejmować. Z tygodnia na tydzień niewiele się zmienia poza coraz cięższymi kacami, coraz chudszym portfelem i coraz dłuższą listą pilnych zadań, odkładanych na później. Jeżeli nie załapiesz po drodze żadnych stanów depresyjnych, ostrych psychoz i napadów lęku, nie wysiądzie ci wątroba ani nie wpadniesz w najzwyklejsze uzależnienie, to znaczy, że zaliczasz się do osób silnych i możesz pić dalej.

Dlaczego jest tak trudno zostawić takie życie? Mogę odpowiedzieć za siebie samą sprzed kilku lat.
Bo wtedy moje problemy dogoniłyby mnie i zjadły. Bo nieuchronnie musiałabym w końcu zapoznać się z listą zaległości i uświadomić sobie, że jestem w najczarniejszej dupie wszechświata. Może nawet okazałoby się, że w moim życiu jest do wymiany coś poważnego, jak praca, związek, mieszkanie czy znajomi. A to jest ogromny stres, dyskomfort i w ogóle dajcie mi święty spokój, ludzie pojebało was, ja wcale nie piszę się na żadne zmiany. Jestem, jaka jestem. Przecież to lubię, to właśnie mój niepowtarzalny styl, który mnie określa. To moi przyjaciele, wspaniali ludzie, połączeni przez wspólne szalone weekendy. Czy to źle, że akurat taki mamy ulubiony sposób spędzania czasu? A co mamy robić? Gapić się w telewizor, na program rozrywkowy z Krzysztofem Ibiszem udającym Marylę Rodowicz?

Oczywiście, można całymi dniami gapić się choćby i w sufit, rzewnie wspominając czasy błogiej najebki i kontemplując pustkę, jaka zapadła w twoim życiu po odrzuceniu substancji odurzających. Można też spisać sobie listę marzeń dla przeciwwagi do listy obowiązków. Zacząć w końcu robić w końcu wszystko to, co od dawna czeka na swoją kolej, korzystając z masy wolnego czasu i luźnych funduszy, których nie zostawiasz już na mieście. Kupić sobie w końcu ten rower, gitarę, piłkę do kosza, kamerę video czy bilet na samolot. Nauczyć się robić zdjęcia, tańczyć, mówić po portugalsku. Poznać trochę samego siebie, a może i jakieś inne osoby. Na pewno dałbyś radę dopisać do tej listy coś swojego. Właściwie wszystko można, bo i czemu nie? Życie ma wiele odcieni. Ten jeden – melanżowy – już znasz, a co z pozostałymi?

Tak refleksyjnie, przy piąteczku.