Nie jestem wegetarianką

Jedno krótkie zdanie, a tyle emocji. W Internecie od lat trwają tak krwawe wojny mięsożerców z wegetarianami, że zamieszki na Ukrainie to małe piwko. Zostało już wylane tyle jadu, tyle energii poszło w tę agresję, że gdyby tak ci wszyscy ludzie zamiast tego zajęli się tym, co może ich łączyć, i zbudowali coś razem, to mielibyśmy tu już od dawna nieustający raj na ziemi.

Zanim szanowni weganie zaczną rzucać we mnie pomidorami, nadmienię, że mięsa zasadniczo unikam, bo dieta roślinna dużo bardziej mi służy, propaguję ją zresztą na każdym kroku i polecam każdemu, kto chciałby dobrze się czuć. Natomiast nie przeszłam do końca na wegetarianizm i na razie nie planuję tego zrobić, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, od czasu do czasu – szczególnie zimą – moje ciało dramatycznie domaga się mięsa i nie zamierzam z nim walczyć, bo jest mądrzejsze ode mnie. Jeśli będzie gotowe – wtedy pomyślimy. Po drugie, bez urazy, ale nawet jak przejdę na wegetarianizm, to nie powiem, bo nie chcę być kojarzona z całą tą subkulturą – wiecie, dredy, arafatki, poczucie misji i wiele hałasu. Jesteś wege i nie jesteś mesjaszem? No to super, piąteczka, oby takich przypadków było więcej, bo na razie strach się przyznać, że się czegoś nie jada.

Zanim zaś szanowni mięsożercy zaczną mi podtykać schabowe, dodam też, że dla mnie codzienne napychanie się mięsem jest jakimś absurdem. Gdy przyjrzeć się jakiemukolwiek cieszącemu się zdrowiem społeczeństwu, ludom plemiennym typu Hunza (bardzo pozytywne plemię – warto poczytać), Japończykom albo nawet samym Słowianom setki lat wstecz, to wychodzi, że żadne z nich nie konsumuje tyle mięcha co my obecnie. My jako cywilizacja Zachodu, znana ze swoich fikuśnych chorób. Po prostu codzienne jedzenie takich ilości białka zwierzęcego nie jest konieczne ani zdrowe, sprawia, że w jelitach odkładają się jakieś syfy, równowaga w organizmie zaburza się, a jeszcze do tego permanentnie brakuje nam witamin, bo przecież wszystko naraz się w żołądku nie zmieści, a poza tym trawę to zwierzęta jedzą. Tyle się zastanawiamy, czy dieta wege to aby na pewno zaspokoi nasze zapotrzebowanie na wszystkie mikroelementy, a nikt nie pomyśli, że jedząc typowy polski obiad też sobie ich nie dostarczamy, i pal licho wszystkie suplementy w tabletkach, tabletki na wątrobę, na nerki, na serce i na mózg najlepiej.

Czy temat cierpienia zwierząt wpływa na moje stanowisko? Na pewno przyczynia się w ten sposób, że mam stanowczo dość głośnego lamentu wojujących internetowych wegefaszystów, którzy chcieliby, abym co minutę oglądała jakieś trupy z rzeźni albo coś w tym stylu. Na mnie działają pachnące, kolorowe i apetyczne warzywa na straganie, lekkie i stabilne samopoczucie na co dzień, duża witalność, różnorodność i bogactwo potraw i przypraw, bo jest naprawdę w czym wybierać. Dlatego uwielbiam wszelkie wegeblogi kulinarne i ogólnie tę część internetu, w której można dowiedzieć się, jak i dlaczego fajnie jest prowadzić zdrowy tryb życia i być jak najmniej inwazyjnym dla otoczenia. Za to ciągłe epatowanie okrucieństwem jest dla mnie raczej objawem jakiegoś toksycznego problemu ze sobą, który w dodatku mógłby na mnie przeskoczyć, dlatego wolę się trzymać od takich ludzi z daleka. Zresztą ponoć gdyby człowiek jadł tylko tyle produktów odzwierzęcych, ile biologicznie potrzebuje, to nie mielibyśmy żadnej ich nadprodukcji przemysłowej, żadnego niepotrzebnego cierpienia. Jestem i mam zamiar być właśnie takim człowiekiem. Chyba, że pewnego dnia mnie coś trafi i przejdę na frutarianizm albo zasilanie praną, wtedy dopiero będę mogła się wozić, że nie zjadam żadnych żywych organizmów. Póki co, zjadam je, na przykład marchewkę, i czerpię z nich energię, tak akurat a nie inaczej to wygląda.

Oczywiście mówię za siebie, bo mam szczerze mówiąc w głębokim poważaniu to, co Ty akurat osobiście jesz a czego nie jesz, i jeżeli tylko o tej nieszczęsnej diecie byśmy mówili, to byłby koniec tematu.

Mam jednak niefart nie opowiadać się jednoznacznie po żadnej ze stron i dlatego zarówno wegetarianie, jak i mięsożercy, uważają mnie za przedstawicielkę tego przeciwnego obozu i jedni i drudzy przypuszczają na mnie ataki. Założę się, że nawet czytając ten artykuł zwróciłeś uwagę głównie na argumenty, z którymi się nie zgadzasz i już zdążyłeś uznać, że stoję w opozycji do Ciebie 🙂 Masz mój obraz chudej, pryszczatej i bladej weganki chwiejącej się na nogach albo morderczyni z przekrwionymi oczami, z gębą ociekającą tłuszczem od opychania się kurczakami z KFC 😀 Prawda, że to wymowne? A jak myślisz – prawdziwe?

Dlaczego trzeba opowiadać się za którąś ze stron i dlaczego ludzie oczekują, że będę to robić? Po co jest nam ten czarno-biały obraz świata, to dopasowywanie go do stereotypów? Z uporem maniaka kwalifikujemy, szufladkujemy i nalepiamy etykietki. I sobie, i innym. Osoby o etykietkach innych niż nasze traktujemy jako wrogów, których należy przywołać do porządku lub spacyfikować. Jesteś z nami albo przeciwko nam, a jeśli przeciwko, to zginiesz marnie. Wolimy walczyć z odmiennością, niż szukać podobieństw. Przyjmujemy lub odrzucamy daną ideologię w całości, bez skupiania się na szczegółach. Nie zauważamy, jak duży mamy tak naprawdę wybór. A to wszystko w dobie dialogu na temat tolerancji, otwartości, świadomości. Może zamiast daremnie próbować zmieniać świat, zacznijmy od drugiego końca i zajmijmy się tym, co można ulepszyć w samym sobie?

Opowiadam się stanowczo po stronie równowagi, szacunku i umiejętności zakopania toporu wojennego wtedy, kiedy nie jest on potrzebny. Zapalmy zamiast tego fajkę pokoju 🙂

PS. Czy w daniu z tytułowego zdjęcia (przedstwiającego mój przykładowy obiad) jest mięso, czy nie ma? Przyjmuję zakłady;]

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s