5 sekretów zdrowia, które są za darmo

Zdrowie to coś, co zgodnie ze znanym cytatem Dalaj Lamy najpierw tracimy, żeby zdobyć pieniądze, a później staramy się je odzyskać i te pieniądze wydajemy. Wydaje się więc, że jest to coś związanego z pieniędzmi, a w każdym razie lepiej być bogatym w momencie, kiedy już zdrowie stracimy. Mam dobrą wiadomość – jest kilka środków na to, żeby jednak je zatrzymać, a w każdym razie nie poświęcać go tak szybko. Nie są one zbyt popularne, ale za to łatwe do zdobycia i całkowicie darmowe. Nawet nie trzeba nigdzie się rejestrować. Są to:

1. Powietrze
Oddychanie to tak automatyczny odruch, że zupełnie o nim zapomnieliśmy. Oddychamy zwykle bardzo płytko w porównaniu z naszymi możliwościami i na ogół nie wykorzystujemy nawet w połowie dostępnej powierzchni naszych płuc. Do tego jak tak dobrze powąchać to, czym właściwie oddychamy na ulicach, przynajmniej mieszkańcy miast, odjąć cały czas, który spędzamy w klimatyzowanych pomieszczeniach wdychając coś, co jest właściwie sztuczne, i dodać do tego jeszcze papierosy, którymi często beztrosko umilamy sobie czas, to wychodzi, że nasze płuca dawno nie widziały prawdziwego naturalnego powietrza. Nie mam tu zamiaru wysmętniać się nad tym, jak to każdy powinien rzucić palenie papierosów, bo sama mam ich sporo na koncie. Natomiast weź pod uwagę, że ilość tlenu, którą dostarczamy organizmowi i wszystkim jego komórkom, jest mocno powiązana z szybkością starzenia, a jego niedobór – z podupadaniem na zdrowiu. Im głębiej będziesz oddychać, im częściej będziesz przebywać na dworze, poza centrum miasta, tym będziesz młodszy w środku i na zewnątrz. Będzie ci się lżej myślało i lepiej spało. Możesz zacząć od tego, żeby codziennie się przewietrzyć. Na pewno masz gdzieś tam jakiś fajny park. Warto przy okazji trochę wyprostować klatę, po to, żeby płuca miały więcej miejsca i mogły przyjąć więcej eliksiru młodości za jednym zamachem. Siedzący tryb życia temu nie sprzyja, spróbuj zrobić porządny wdech będąc zgarbionym, a później wyprostowanym, to zobaczysz o co mi chodzi. Na dłuższą metę te dodatkowe parę centymetrów sześciennych płuc do wykorzystania robi wielką różnicę. No i przemyśl te fajki, wiem, że lubisz, że twoja babcia całe życie paliła i dobiła setki i tak dalej, ale te nowe zmarszczki, które ostatnio widziałaś w lustrze, to właśnie od nich.

2. Woda
To prawda – woda nie jest tak zupełnie za darmo. Ale raczej nie możemy sobie pozwolić na to, żeby z niej zrezygnować z braku funduszy. Jest podstawowym budulcem naszego organizmu. Nasze ciało to właściwie czysta woda, obudowana tkankami ze wszystkich stron. Kilka procent ubytku i już robi się ciężko, jest zmęczenie, zamulenie, nerwy, coś złego dzieje się z nami, nie jesteśmy sobą. Nie muszę chyba dodawać, że w ciele przez dłuższy czas odwodnionym błyskawicznie pojawiają się problemy. To nie Sprite ma walczyć z naszym pragnieniem, ani inne marketingowe wynalazki, tylko po prostu woda. Bez żadnych dodatków, bąbelków, barwników, cukru czy supermodnego truskawkowego smaku, zupełnie zwyczajna woda, nawet nie mineralna, zwykła z kranu albo ta za 60 groszy z Biedy. Dwa litry czystej wody dziennie powinny załatwić sprawę. W upalne dni i podczas większego wysiłku raczej nie uda ci się z nią przesadzić. Z tym, że nie masz usiąść i wypić tych dwóch litrów na jeden raz, bo to może być groźne, tylko spakować sobie butelkę do plecaka czy torby i tak z nią chodzić. Pamiętaj o regularnym tankowaniu. Kiedy tylko masz ochotę, a zwłaszcza gdy czujesz zmęczenie, rozkojarzenie czy chce ci się coś, a nie wiesz co – pociągasz łyka. Dzięki temu, że cały czas uzupełniasz płyny, nie tylko nie grozi ci odwodnienie, ale też wypłukujesz na bieżąco toksyny, które dzięki naszemu środowisku zawsze się znajdą. Nie będziesz też niepotrzebnie przesadzać z żarciem, które czasem bierze się do ust, kiedy w rzeczywistości chce się pić. Po pewnym czasie picia czystej wody przestanie ona być taka bez smaku. Za to słodzone napoje zrobią się jakieś przesadne, nawet niesmaczne. Możesz też zaczynać każdy dzień od szklanki-dwóch czystej wody, która odmuli cię na dzień dobry i zafunduje ci dobry poranek. Brzmi może trochę głupio, ale z czasem zobaczysz, że działa.

3. Słońce
Ostatnio trafiłam na stronę Akademia Witalności i w jednym z genialnych artykułów, których tam pełno, wyczytałam coś, co potwierdziło moje podejrzenia, od dawien dawna krążące mi pod kopułą. Słońce to życie. Wszystkie ziemskie organizmy mające dostęp do słońca zostały tak skonstruowane, żeby mogły czerpać z niego siły życiowe. Obecnie wizerunek słońca w mediach jest taki, że jest złe, śmiercionośne i powoduje raka skóry. Najlepiej się przed nim na stałe schować pod filtrami UV. Jednak jak wiele trendów, również i ten może nam wyjść bokiem. Przebywanie na słońcu wzmaga produkcję witaminy D, bardzo ważnej substancji, której niedobór wywołuje całą gamę chorób, powikłań i upierdliwości, od depresji po raka, w tym właśnie raka skóry! W dodatku praktycznie wszyscy cierpimy na niedobór tej witaminy. Dlatego, korzystając z tego, że jest lato, może jednak warto wybrać się na kocyk na łączkę albo chociaż wystawić sobie krzesełko na balkon, i nie smarować się tym razem filtrem 50, tylko zwyczajnie zadbać o nawilżenie skóry. Rośliny pełną parą czerpią ze słońca, zwierzęta instynktownie uwielbiają się na nim wygrzewać. Róbmy to i my. W końcu nikt nam nie każe od razu spiekać się na ciemną czekoladę (albo czerwonego prosiaczka, zależnie od karnacji). 🙂

4. Zdrowy ruch
„Sport to zdrowie!” – słyszałeś w dzieciństwie. Myślisz, że to prawda? Spójrz na zawodowych sportowców i ich poprzeciążane stawy, przerośnięte mięśnie obciążające serce, nie mówiąc już o mniej i bardziej poważnych kontuzjach. Nasza kultura nie dba o równowagę, u nas więcej, mocniej, szybciej równa się lepiej. Najwyżej po drodze kopniesz w kalendarz. Oczywiście to, że wykonujesz swój ukochany sport, będący źródłem pasji, na pewno jest ważnym elementem twojego życia. Natomiast ze zdrowiem nie zawsze się to łączy, co pewnie wiesz sam. Tak samo jednostajny, powtarzany setki razy ruch, czy to w pracy czy na aerobiku, może i spala kalorie, może jest źródłem endorfin, no i ostatecznie nie siedzisz cały czas na tyłku, ale tyrasz się, nadwyrężasz, zamieniasz się w konia wyścigowego lub pociągowego. Co jest zdrowe w takim razie? Szukaj takiego ruchu, który dba o balans w ciele, o słuchanie jego potrzeb i o jego równomierny rozwój, we własnym tempie, a nie w klimacie współzawodnictwa, który bardzo krzywdzi jednostki potrzebujące więcej czasu. Jeśli masz jakąkolwiek kontuzję, jakikolwiek problem z grupą mięśni czy kości, to znaczy, że robisz to źle. (Sama parę razy chodziłam ponaciągana i ciekawe, że dla sportowców jest to coś, czym można się chwalić, bo to znaczy, że dajesz z siebie wszystko, a dla mnie była to nauczka, żeby następnym razem posłuchać ciała i nie kazać mu robić czegoś, na co nie jest gotowe.) Jakieś konkrety? Chyba nie muszę objaśniać, że joga jest idealna, żeby nauczyć się zachowywać harmonię. Dla osób o kondycji za słabej na jogę może być pilates. Doskonały jest taniec (byle nie wyczynowy – nie chodzi o salto mortale), dla osób spokojniejszych świetne jest tai chi (wypróbowałam i polecam) czy qi gong, czytałam też o licznych zaletach nordic walking. Do najprostszego zdrowego ruchu zalicza się spacer, najlepiej taki, w którym poza chodzeniem trochę się poprzeciągasz we wszystkie strony. Ruch poza oczywistym wzmacnianiem i dotlenianiem mięśni, co dodaje siły, zadba nam też o narządy wewnętrzne, nad którymi zbyt wiele się nie zastanawiamy na codzień, a jednak gdy je naprawdę zaniedbamy, to powodzenia z lekami, szpitalami, przeszczepami i pozdro dla ekipy z firmy pogrzebowej. Tak na marginesie, chcesz wiedzieć, jaki jest najlepszy sposób na pięknie ukrwione i dotlenione organy wewnętrzne i doskonałe samopoczucie? Codzienne kilkuminutowe stanie na głowie. Ale możesz na razie zacząć od spaceru:)

5. Święty spokój
To chyba najtrudniejszy do zdobycia ze wszystkich wymienionych tu środków. Paradoksalnie wymaga najmniej wysiłku, wystarczy usiąść w samotności i nic nie robić. W praktyce robimy wszystko, żeby tylko tego spokoju nie mieć. Zapełniamy sobie czas po brzegi, każdą wolną godzinkę koniecznie musimy zagospodarować, bo inaczej coś każe nam mieć wrażenie, że czas przecieka przez palce, a my nic. Nieustająco aktywne życie towarzyskie, zawodowe i rodzinne stało się tak wysokim priorytetem, że zapomnieliśmy, że trzeba też czasem zwyczajnie odpocząć. I to nie, że można. Trzeba, bo za długotrwały, nadmierny wysiłek prędzej czy później słono zapłacimy. Zbyt szybkie tempo życia to chyba nasza najpopularniejsza cywilizacyjna przypadłość. A razem z nią idą w parze wszystkie depresje, nerwice, wrzody, wylewy i zawały. Poza tempem życia zwróć też uwagę, z czego się ono składa, czy nie ma tam jakiejś trucizny, którą regularnie sobie dawkujesz. Ogranicz toksyczne towarzystwo i aktywności, które wyprowadzają cię z równowagi, odetnij się od nich całkowicie, jeśli tylko tak zyskasz spokój, nawet, jeśli wiązałoby się to ze zmianą pracy czy przyjaciół. To ważne, bo później będziesz narzekać, że życie wpędziło cię w chorobę, podczas gdy sam masz na to decydujący wpływ! Nie chodzi o to, że masz zmieniać się teraz w jakiegoś lenia. Po prostu oczyść swoje życie ze śmieci i znajduj chwile, kiedy będziesz mógł sobie w samotności usiąść i wziąć głęboki oddech. Tak, żeby nikt ci nie przeszkadzał i żebyś sam sobie też nie przeszkadzał przypominaniem o tym, co jest do zrobienia. Możesz nauczyć się medytować. Ale o tym innym razem.

Najlepiej to wszystko oczywiście połączyć, wziąć butelkę wody, wygodny strój i urządzić sobie sesję tai chi w parku:) Ale najważniejsze jest wytrwać i wyrobić sobie zdrowe nawyki. Te wszystkie składniki na dłuższą metę mają rewelacyjne działanie, ale po jednym razie najwyżej będzie ci się chciało sikać od dużej ilości wody i dostaniesz kaszlu po głębokim oddychaniu bez papierosa. I skurczu łydki od trikonasany (ostatnio co idę na jogę, tam jakiś mało rozciągnięty pan dostaje skurczu robiąc utthita trikonasanę. Ot, taka dygresja dla wyjogowanych, jeśli nie wiesz, o co chodzi to sobie wygoogluj albo olej temat – o tym też będzie kiedy indziej:)). Systematyczność jest kluczem do powodzenia i do zauważenia jakichkolwiek efektów. Oczywiście naiwne byłoby myślenie, że od samego oddychania będziesz już idealnie zdrowy do końca swoich dni i nie sugeruję tego. To po prostu dobry sposób, żeby niepotrzebnie nie zwalać sobie dodatkowych problemów na głowę. Na pociechę dodam, że nawet mała zmiana jest lepsza niż żadna.

Powodzenia, ślepa Gienia, kup se trąbkę… itd.
Pozdrawiam i życzę dużo słońca!

Reklamy

Rozpuszczona jak dziadowski bicz

Jak to jest, że jedni harują w pocie czoła przez całe życie i nic z tego nie mają, nawet pierdnięcia wdzięczności ze strony świata, a inni w tym czasie wydają się nie przemęczać i tak po prostu dostają wszystko, czego sobie zapragną? Czy ci drudzy zaprzedali duszę diabłu i sczezną w piekle?

W naszej kulturze funkcjonuje niszczycielski wirus, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Od dziecka jesteśmy uczeni skąpstwa wobec samych siebie. Słyszymy, żeby nie cackać się ze sobą, że starczy tego dobrego, że trzeba być grzecznym i skromnym, wydzielamy sobie przyjemności po kawałku, nie za dużo, a na osoby, które mają więcej od nas, przeważnie tego, o czym my możemy najwyżej pomarzyć, patrzymy jak na egocentryków, którzy swoje zadowolenie z pewnością zbudowali na cudzym nieszczęściu, jeśli w ogóle nie na grabieży, rozbojach i rzezi niewiniątek. Przemykające od czasu do czasu myśli, że my też byśmy chcieli czegoś dla siebie, traktujemy jako przejaw egoizmu, chciwości i natychmiast zaczynamy klepać zdrowaśki albo, w przypadku bezbożników, malować płonące pentagramy na podłodze, by oddalić od siebie marzenia o dobrym życiu. Dobre życie – to nie jakieś fiu bździu, tylko masa wyrzeczeń i ciężka praca, zapamiętaj, synku. Jeszcze wspomnisz moje słowa.

Nasłuchasz się tego w dzieciństwie i później przez życie idziesz w ciągłym stanie niedopieszczenia. Masz nadzieję, a wręcz oczekujesz, że nasz partner czy partnerka da ci to, czego nie dostałeś od rodziców, a później, że dadzą ci to twoje dzieci. Rzecz jasna dostaniesz od nich figę z makiem. I to nie dlatego, że trafiły ci się wyrodne dzieci i partner idiota. Dziecko i partner mogą dosłownie wypruć sobie flaki, ale to będzie mało. A dlaczego? Uwaga, zdradzam jeden z podstawowych sekretów wszechświata, godny nagrody imienia Paulo Coelho:

Nie chodzi o dostawanie. Chodzi o branie.

Tak mi dobrze poszło, że jeszcze zdradzę sekret numer dwa:

Życie to nie handel wymienny. Od spełniania Twoich marzeń nie są inni, tylko Ty. To Ty masz sobie dać to wszystko, czego chcesz. I oczywiście od samego siebie to przyjąć.

Z przyjmowaniem powstaje problem. Bo nie przystoi, bo za dużo, nie zasłużyłeś. Tak, jakby innym miało zabraknąć, ponieważ ty to wziąłeś. Co, jeśli świat to nie gigantyczna kolejka po ostatnią paróweczkę w epoce PRL? Jeśli dla każdego wystarczy? Wtedy by wychodziło na to, że twoje odmawianie sobie wszystkiego jest bez sensu.

No pewnie, powiesz, że byś sobie kupił to i tamto, ale nie masz na to kasy. Po prostu nie masz. A tamten jest bogaty, no to ma. On może, ty nie.
Chwilunia – czy to nie jest dokładnie to samo, co przed chwilą? Stawianie się w pozycji ofiary, której nic nigdy nie przypadło w udziale, więc z grymasem cierpienia na twarzy znosi swój przebrzydły los? Kto powiedział, że trzeba mieć pieniądze, żeby być bogatym? Od jakiego rzędu zarobków zaczyna się dostatnie życie? Dla każdego ta kwota będzie inna. Spytaj jakiegoś Hindusa mieszkającego na ulicy. A no tak! Sorry, zapomniałam. Nie możesz, bo tacy Hindusi nie siedzą w internecie. Ty siedzisz. Jakoś cię stać na taki przejaw obrzydliwego luksusu. Ale przecież nie masz kasy.

Obfitość a pieniądze to dwie różne sprawy. Za pieniądze kupisz sobie twierdzę ze złota, obwarujesz się przedmiotami, ale twoje życie stanie się pełne obfitości dopiero, kiedy wyjdziesz na dwór, możesz nie brać ze sobą nawet portfela, a już na pewno nie bierz telefonu, i zobaczysz, ile na świecie jest cudowności, które są dla ciebie za darmo lub za zupełnie niedrogo.

Jaki był twój przysmak z dzieciństwa? Leniwe pierogi, knedle z truskawkami? Kiedy to ostatnio jadłeś? Wiesz, ile kosztuje pół kilo twarogu? Stać cię.
Co masz najładniejszego w szafie? Tę wyrąbaną w kosmos sukienkę, którą miałaś raz na sobie? Załóż ją zupełnie bez okazji. Wcześniej zrób sobie domowe spa, też bez okazji. Wysmaruj się wszystkimi mazidłami, jakie masz, przy okazji zrobisz w końcu trochę miejsca w łazience. Stać cię.
Jaką lubisz muzykę? Słuchaj jej codziennie, słuchaj dużo muzyki, czytaj dużo książek, chodź na spacery i spotykaj się z fajnymi ludźmi. Zobacz, jak jest pięknie na dworze, idź pobiegać albo usiądź w jakimś malowniczym miejscu i patrz na świat wokół Ciebie. Nie szczędź sobie takich prostych przyjemności. Może cię nie stać?
Prezenty tego typu mogą być małe albo czasem nawet trochę większe. Pamiętasz te wakacje pod namiotem czy tam domkiem letniskowym, kiedy byłeś taki szczęśliwy, bo łowiłeś ryby z tatą? Myślisz, że weekend na polu campingowym nad najbliższym zalewem – albo nawet trochę dalszym – wymaga specjalnego planowania i brania kredytu? Ktoś ci każe wydać na to wszystkie oszczędności? Możesz pojechać, jeśli chcesz. Stać cię.

Stać cię na to, żeby dawać sobie prezenty cały czas i uważaj teraz: nie jest to żaden grzech ani przestępstwo. Świat jest tutaj właśnie po to i jedyne, co masz zrobić to wysilić się, żeby to sobie wziąć. Całe życie żyć w tak obfitym świecie i z tego nie korzystać – czy nie jest to czystym marnotrawstwem? Nie urodziłeś się po to, żeby lizać lizaki przez szybę.

Nie tylko cię na to stać. Ciebie nie stać na odmawianie sobie tego.
Nie stać cię na to, żeby w nieskończoność głodzić to dziecko w tobie, które latami czeka, aż los hojnie je obdaruje, i po drodze wyhodowało już sobie zmarszczkę na czole. To nie los, ale TY jesteś odpowiedzialny za to, czym je obdarowujesz. Daj mu jeść w końcu, na litość boską.

I nie marudź, że cały czas pracujesz, a później nie masz siły. Musisz tak wyprztykiwać się dzień w dzień z siły? Masz prawo odpocząć i masz prawo walczyć o to prawo. Dlaczego traktujesz samego siebie w taki sposób? A może jest coś, co sprawia, że wygodniej jest ci akceptować nędzny stan rzeczy, niż zadbać o jego poprawę?

Paradoksalnie w opinii publicznej cieszenie się leżeniem na łące w słoneczny dzień, w czasie kiedy mógłbyś harować jak dziki osioł, tak samo jak cieszenie się, że masz nowy ciuch z lumpa za 3 zł albo upolowałeś świeże warzywa na targu, to jest zadowalanie się byle czym. Tak, jakby porządne marzenia zaczynały się od czterocyfrowej kwoty, a można je byłoby realizować tylko wyrzekając się szczęścia. Co to za marzenia w takim razie? Masochistyczne jakieś? A może lepiej wyrzekać się szczęścia w imię spełniania wyłącznie cudzych marzeń, zamiast swoich? Oj, głęboko mamy wdrukowany ten stereotyp, że ktoś, kto sam siebie dopieszcza, to jakiś godny potępienia narcyz, leniwy bumelant i niepoważny dzieciak, a prawdziwą cnotą jest pokorne przyjęcie na grzbiet ciężaru egzystencji i kroczenie z nią przez życie niczym objuczony wielbłąd. Bardzo pięknie nas ukształtowała nasza oparta na poczuciu winy kultura.

To jeszcze jedna rzecz, którą chciałam na zakończenie powiedzieć o sobie:

Jestem rozpuszczona, dopieszczona, doceniam drobne przyjemności i w ogóle się tego nie wstydzę 🙂
Czuję się hojnie obdarowana przez los, mimo, że nie mam w domu telewizora, a moja łazienka ma dwa metry kwadratowe.

Do napisania niniejszego wpisu zainspirowała mnie przeczytana i przerobiona od deski do deski „Droga Artysty” Julii Cameron, której innym razem być może poświęcę jeszcze osobny wpis, bo to nie książka, tylko prawdziwa rewolucja.
Pozdrawiam wszystkich bumelantów.
I oczywiście zapraszam do polemiki, jeśli ktoś pozwala sobie się ze mną nie zgodzić:)

Jak interpretować sny?

Tytuł dziś mocno ezoteryczny, prawda? Słowo „ezoteryka” kojarzy mi się z całym tym tałatajstwem, które powstało jako alternatywa do oficjalnie nam panujących mitologii i jest równie nierealistyczne, zakładające, że spraw niefizycznych z założenia nie można spójnie i klarownie wyjaśnić i im więcej tam zamętu, bełkotania zaklęć i wymachiwania rękami, tym wszystko lepiej wygląda. Robi też tak naprawdę wszelkim sprawom duchowym fatalny PR. Na fejsie jest pełno różnych warsztatów uzdrawiania słonecznym dotykiem i tak dalej. Później ludzie myślą, że moje praktykowanie jogi to coś jak przywoływanie złych duchów i że prawdopodobnie przyciągam do siebie metalowe przedmioty, a sny to tajemnica, której rąbka może dla nas uchylić tylko doświadczona wróżka, okadzając nas uprzednio kadzidłem i śpiewając nieswoim głosem.

Cywilizowani, mocno stojący na ziemi realiści są w drugiej skrajności i uważają, że sny są po nic, że to taki gigantyczny śmietnik, na który trafia miks przeżutych i wyplutych drugą stroną zdarzeń z ostatnich dni. Jeśli jednak przyjrzeć się naszej fizjologii, okazałoby się, że wszystko, w co ewolucja raczyła nas wyposażyć, jest po coś lub przynajmniej było po coś w przeszłości. Na moją logikę, gdyby sny do niczego nie służyły, to byśmy po prostu ich nie mieli. Tymczasem nie dość, że je mamy, to jeszcze nie możemy się bez nich obejść (ludzie, którym w ramach eksperymentu nie pozwalano wejść w fazę marzeń sennych, nie mogli wypocząć, a w dodatku po kolejnym zaśnięciu od razu wchodzili w tę fazę, co zalatuje desperacją organizmu, by udało się choć trochę w niej pobyć). A więc ten metafizyczny rzyg podświadomości może być do czegoś potrzebny.

Do czego? Huna – zbiór szamańskich praktyk hawajskich, w których zawarta wiedza dziwnym trafem zbieżna jest zarówno z zachodnimi szkołami psychologii, jak i wschodnimi filozofiami, i zasadniczo trzyma się kupy (a ja bardzo to doceniam:)) – mówi na przykład, że poza odreagowaniem sny mają też na celu porozumiewanie się naszej podświadomości ze świadomością. Jest to rodzaj komunikatu od nas do nas. Dowiedziawszy się o tym, mamy oczywiście wybór: osrać to i zająć się czymś, czym zwykle zajmują się poważni ludzie, albo choćby z czystej ciekawości zgłębić temat.

Przede wszystkim żeby zinterpretować sen, trzeba najpierw go pamiętać. Często mamy wrażenie, że nic nam się nie śniło, szczególnie, kiedy prowadzimy na jawie zabiegany tryb życia i od razu po otwarciu oczu zostajemy wessani w wir aktywności. Faktycznie jednak śnimy codziennie, noc w noc, i to po kilka razy. Jeżeli mamy takie życzenie, to możemy trenować zapamiętywanie snów, po prostu spędzając chwilę po otwarciu oczu na przypominaniu sobie i koniecznie zapisywaniu tego, co udało się odtworzyć. W podstawówce i liceum prowadziłyśmy z koleżankami specjalne zeszyty snów w ramach rozrywki. Początkowo niewiele z tego wychodzi, ale z czasem wspomnienia stają się coraz dłuższe i bardziej wyraziste. Można nawet wyćwiczyć się w świadomym śnieniu, a to jest już jazda na maksa, ale o tym może kiedy indziej.

Załóżmy zatem, że mamy już zapisany sen, zapamiętaliśmy go w pełnej krasie, jesteśmy wstrząśnięci, ponieważ przeżycia z ostatniej nocy wgniotły nas w ziemię, scenariusz tego snu nadaje się na film science-fiction, a jednocześnie nie kumamy o co w nim biega, i co teraz?

Senniki różnego rodzaju oczywiście są do niczego. Skąd moja podświadomość ma wiedzieć, co jest napisane w jakiejś książce? Wie tyle, co sama się dowie, dlatego jeśli chcemy, żeby konkretne symbole działały, to wypadałoby najpierw jej taki sennik przeczytać. Wtedy jest szansa, że sennik zadziała i pewnie tak właśnie powinno się go używać, jeśli już chcemy się w to bawić. Inaczej głowa będzie nam serwować symbole prywatne, jakie sama uzna za stosowne. To nie jest wcale takie głupie, bo nie są potrzebne żadne dekodery w rodzaju tajemnych senników wróżki Matyldy. Trzeba tylko usiąść i pozastanawiać się, co autor – czyli Ty – miał na myśli. Pomaga w tym na przykład:

  • Przeżycie tego snu jeszcze raz. Przypomnij sobie, chwila po chwili, jak się czułeś. Opisuj najdrobniejsze szczegóły i emocje, jakie temu towarzyszyły. Czy to, co się pojawiło było przyjemne czy nie? Co było najważniejsze? Do czego było to podobne? Popuść wodzy wyobraźni. Sny to dość poetycki twór, co z tego, że jesteśmy odpowiedzialnymi ludźmi na wysokich stanowiskach i tak dalej? Jesteśmy też po prostu ludźmi – a ludzie marzą. I sennie, i na jawie.
  • Pogadanie z kimś. Możesz o tym opowiedzieć jakiemuś dobremu znajomemu – pomoże ci to poukładać sobie w głowie, poza tym ktoś, kto jest w temacie, może zauważyć odniesienia do twojego życia, którego ty nie widzisz, bo stoisz za blisko.
  • Porównanie z poprzednimi snami. Zdarza się, że podświadomość dzień w dzień nadaje ten sam komunikat w zmienionej wersji. Dzieje się tak zwłaszcza, kiedy sprawa jest paląca i jest ważne, żeby informacja do nas dotarła, więc jeśli nagle atakuje nas seria dziwnych snów, to warto przemyśleć je wszystkie razem.
  • Przyjrzenie się symbolom oddzielnie. Co znaczy dla nas osobiście pies, wieżowiec, policja czy co tam nam się przyśniło? Jakie jest najprostsze znaczenie tego symbolu w naszej kulturze? W snach często występują symbole przedstawiające naszą ciemną stronę, naszą emocjonalność, seksualność, nasze słabości, nieprzeżyte emocje, ukryte marzenia, dlatego że to jest to, co najbardziej tłumimy w życiu zewnętrznym. Czasem sobie myślę, że to dlatego ludzie nie lubią interpretować snów – nie podoba im się to, czego mogliby się dowiedzieć, wolą myśleć, że te obrazy nic nie znaczą.
  • Odnalezienie ogólnego przesłania snu. Może właśnie to podsumowanie, dające się ująć w jednym zdaniu, niesie ze sobą naistotniejszą treść?
  • Przyjrzenie się własnemu życiu w tym akurat momencie. Czy możliwe jest, że w tym supertrudnym do rozwikłania śnie podświadomość trąbi nam do ucha wuwuzelą na temat czegoś, co jest widoczne jak na dłoni?
  • Jeżeli naprawdę nie rozumiemy snu, możemy jeszcze poprosić podświadomość o powtórzenie wiadomości i spodziewać się kolejnego snu. Naprawdę działa. Chociaż nie gwarantuję, że ten nowy sen będzie bardziej przejrzysty. A jak będziemy mieli pecha, to go zapomnimy.

Jak się wyćwiczysz, zaczniesz dostrzegać te znaczenia od razu po obudzeniu. Oczywiście będzie cała masa takich snów, które będą chodziły po głowie przez cały dzień, a i tak pozostaną nieczytelne. Nie sądzę też, żeby każda wiadomość była taką poważną sprawą, ostatecznie to, że dzień wcześniej obejrzeliśmy brutalny film i dlatego śniła nam się krew, może być najwyżej radą, żebyśmy dali głowie trochę odpocząć, bo poza flakami Nicolasa Cage’a chciałaby obejrzeć też czasem coś spokojnego, zielonego, jakieś drzewa, kwiaty, może jakiś spacer na łonie natury po pracy albo coś? Czasem trafi się jednak sen, którego przesłanie jest alarmujące. Pamiętajmy, że nasza podświadomość (instynkt, intuicja) wie pierwsza, kiedy pakujemy się w jakieś tarapaty, a potencjalnych zagrożeń mamy wokół siebie pełno. Najwięcej snów jest refleksyjnych. Poznajemy poprzez nie samych siebie, dowiadujemy się, czego pragniemy, czego się boimy, kim jesteśmy. Jeśli zależy nam na utrzymywaniu życiowej równowagi i rozwoju świadomości, to pożyteczne narzędzie. I jeszcze jedna okazja, żeby spędzić trochę czasu z naszym najlepszym przyjacielem od urodzenia, czyli z samym sobą 🙂

A dlaczego rozpisuję się tak obszernie na ten temat? Ostatnio gonię w piętkę z tym remontem, codziennie urywa mi głowę, na moich nerwach można grać jak na banjo, sytuacja kryzysowa trwa już od miesiąca, koniec dopiero majaczy na horyzoncie, a w moich snach zaczęła pojawiać się jakaś pyskata, tandetna blondyna uprawiająca sporty ekstremalne, co sen to inne. Skacze na spadochronie, jeździ na snowboardzie, kumpluje się z moimi znajomymi, a w pewnym momencie zawsze okazuje mi otwartą wrogość, zaczyna wygarniać, jak mnie nie znosi i za co dokładnie. Mam wtedy uczucie, jakbym od dawna ją znała, nie jestem zaskoczona tą wiązanką i mam ją trochę gdzieś. To mój odwieczny lęk przed ryzykiem, wyzwaniami, przekonanie, że nie można ich polubić. Może to zachęta do walki? Sporo sobie rozmyślam nad tymi snami i właśnie to mnie zainspirowało. Może powinnam się zaprzyjaźnić z tą wredną dziewuchą.

Z głębin podświadomości specjalnie dla Państwa mówiła Dorota Dotee. Do zobaczenia w następnym odcinku.

Jestem zwierzęciem

<czyli o łożysku i inne takie takie>

Jestem zwierzęciem.

Przeciętny czytelnik zinterpretuje te słowa mniej więcej tak: „Lubię wyuzdany seks”. Prawda?

A tymczasem nie o to chodzi! Jestem naprawdę zwierzęciem. Taką jakby małpą. Różnię się od małpy pulą genów, ale nie przesadzajmy, że aż tak bardzo.

Oczywiście mówię za siebie. Jeśli ktoś nie czuje się małpą tak bardzo jak ja, no to trudno, na szczęście nie ma obowiązku. Ale ja – to małpa. Nie zostałam wygnana z żadnego raju, podczas narodzin nie miałam na sobie grzechu pierworodnego. Miałam na sobie krew, wody płodowe i delikatny meszek, miałam też pępowinę, a wszystko wypisz wymaluj tak samo, jak kiedy rodzi się małe zwierzątko.

No, z tą różnicą, że zwierzę może zjeść swoje łożysko, jeśli chce, a kobieta? Jeszcze Matka Polka do tego? Gdyby tak oświadczyła w takim polskim szpitalu w małej miejscowości, że ma ochotę spożyć ze smakiem swoje odżywcze łożysko niczym Daenerys Targaryen serce konia? Chyba zamiast na salę porodową na sygnale pojechałaby do wariatkowa, nie wiem, czy nawet akcja „Rodzić po ludzku” obejmuje pozwolenie na takie posiłki, wątpię, bo to przecież nieludzkie.

Ludzkie jest na przykład: aplikowanie nowo narodzonemu osobnikowi toksycznej wieloskładnikowej bomby, jedzenie nie będąc głodnym pokarmów nie odżywiających, nieustanne przebywanie w polu rażenia wszelkiego rodzaju pól elektromagnetycznych, wszczepianie sobie pod skórę torebek wykonanych z pochodnych ropy naftowej. Myślę sobie po cichu, że nie potrzebujemy UFO, bo sami na sobie wykonujemy tyle eksperymentów, że praktycznie odwalamy za nich całą robotę. Wyślemy im tylko za dwieście lat wyniki i to wszystko.

Jako dziki zwierz, kieruję się instynktami. Kiedy jestem głodna, jem – kiedy nie jestem głodna, nie jem. Kiedy jestem zmęczona, odpoczywam. Mam ciało. Jest ono podstawą mojego ziemskiego bytu. Jest owłosione, produkuje wydzieliny, pachnie zwierzęciem, nieważne, jak bardzo bym się starała to zamaskować – i dobrze, bo ten zapach tak naprawdę uwielbiamy, nawet, jeśli temu zaprzeczamy. Jest piękne i dobre. Takie właśnie, jak powinno być. Nieustannie działa, otrzymuje i wysyła różne sygnały. Kiedy źle się dzieje – ono wie to pierwsze i wie to lepiej od umysłu. Jest zaopatrzone w intuicję, jak każde żeńskie ciało we wszechświecie. Potrafi rozpoznać przyjazne otoczenie i rozluźnić się, w obliczu zagrożenia zawsze będzie spięte i gotowe do walki. Poziom energii w nim cyklicznie wznosi się i opada. Co miesiąc osiąga szczyt wydajności fizycznej, intelektualnej i emocjonalnej, kiedy jest wspaniale silne, bystre i wytrzymałe; co miesiąc wchodzi w oczyszczającą fazę obumierania, po czym zaczyna swój cykl od nowa. Ten odwieczny naturalny rytm został przez naszą cywilizację zupełnie zagłuszony, zmieniony w jakąś niedyspozycję, niedogodność. Nasza zwierzęcość została zepchnięta pod ziemię, zdeptana, kazano nam wierzyć, że jesteśmy zrobieni z innej substancji, niż pozostałe ziemskie organizmy. Że ciało jest tylko powłoką. Moje ciało nie jest powłoką, pod spodem mam tylko więcej ciała i bebechów, a cała boskość, cała moja dusza jest wyrażona nie tylko w mojej kosmicznej inteligencji, ale też w mojej bydlęcej fizyczności.

Oczywiście nie ograniczam się do taplania w błocie i rycia nosem w ziemi w poszukiwaniu trufli. Korzystam też ze zdolności właściwych mojemu gatunkowi. Robię to, co tylko ludzkie zwierzę potrafi: śpiewam, gram, tańczę, czytam, piszę, zachwycam się i rozumiem. Albo próbuję zrozumieć. Zdolność zrozumienia jest najważniejszym, co gatunkowi homo sapiens przypadło w udziale. Niestety nie korzystamy z niej zbyt wiele. Powtarzamy za autorytetami, że należy żyć w taki albo inny sposób, pozwalamy, by rządziło nami pożądanie władzy, pieniędzy, seksu, pędzimy za poczuciem bezpieczeństwa, ulegamy pragnieniu komfortu i przyjemności, ale nie rozumiemy. Całe życie możemy przeżyć nie będąc świadomym, dlaczego postępujemy tak, a nie inaczej. Nie uczy się tego dzieci. Uczy się je mówić dziękuję i proszę. Nawet czytanie ze zrozumieniem to wyższa szkoła jazdy, a co dopiero oglądanie świata ze zrozumieniem! Widzenie go takim, jakim jest. Czytanie tego mojego posta nie przez pryzmat własnych poglądów, które mogą mówić na przykład: „co ona bredzi, do jasnej cholery!!” albo:” ma to jakiś sens, zgadzam się z tym!” Trudne, prawda? Tylko człowiek potrafi spojrzeć na siebie w trzeciej osobie, zdobyć dystans do własnego ego i zauważyć, że w danym momencie kieruje się własną pychą i żądzą kontroli, a w innym z kolei ulega własnej słabości, własnemu lękowi. Może też zrozumieć, że jest to zwykły ludzki błąd, i wybrać, żeby z tego zrezygnować. Wymaga to lat pracy nad sobą i wielu potknięć, ale kiedy już o tym wiesz, to wybór podążania w dalszym ciągu dawną ścieżką, bez patrzenia i widzenia, w letargu, w stanie wytresowania, automatycznego działania, wydaje się po prostu niewłaściwy.

Wszystkie problemy całego świata biorą się stąd, że jedno zwierzę nie zrozumiało drugiego i pogryzły się o kawałek kości, kawałek władzy, pieniędzy, seksu, pogryzły się ze strachu, z braku miłości, z braku refleksji. Będą się zawsze gryzły, bo po to mają zęby i pazury, nie tylko po to, by rozszarpywać pokarm, ale też siebie na strzępy. Ale każdy pojedynczy człowiek, który widzi i rozumie, robi różnicę. Nasz gatunek nazwany został człowiekiem rozumnym. Do czegoś nas to zobowiązuje, tak czy nie?:)

Operacja na otwartej kuchni

Niniejszym ogłaszam początek remontu łazienki, a przy okazji kuchni (stan niewiele lepszy, trochę większy metraż, gratis możliwość przekonania się, jak w epoce PRL robiło się elektrykę tudzież boazerię na ścianach typu złota-rączka-zrób-to-sam). W roli głównego remontowca pan Włodi, zaprawiony w bojach, wyglądający na równego typa. Za nami upierdliwy etap przygotowań: zbyt wiele przedmiotów upychanych kolanem po szafach, tachane na męskich plecach ciężkie sprzęty, powiewająca eterycznie na wietrze zabezpieczająca folia malarska nijak nie dająca się okiełznać. Przed nami obserwowanie, jak w gruzy wali się spiżarka, która do tej pory ozdabiała naszą kuchnię i czyniła prawie kwadratowe, duże i wysokie pomieszczenie kompletnie nieustawnym.

Nie ma narodzin bez śmierci, toteż kto chce mieć dekor na ścianie, akryl w wannie i jeść posiłki wygodnie przy stole, a nie zgięty w paragraf przy stoliczku z Ikei (wiemy który? każdy ma taki), ten musi zgodzić się również na etap rozpierduchy, tynku w oczach, pyłu atakującego misternie pozabezpieczany drugi pokój, jęku burzonych cegieł i trzeszczącego protestu łamanych desek. Trochę jakby na domku przeprowadzana była operacja bez znieczulenia.

Tak samo w różnych innych życiowych kwestiach żeby coś zbudować, najpierw trzeba wziąć łom albo kilof i rozpieprzyć swoje dotychczasowe życie, stare nawyki, stary sposób myślenia i postrzegania, spojrzeć na katastrofę bez zasłaniania oczu i ocenić co jest do zrobienia, a potem powoli wziąć się do wymiatania gruzów. Krok po kroku zacząć kłaść grunt, gładź, farbę, wstawiać meble, ustawiać ozdoby. I pewnego dnia obudzić się w takim świecie, w którym jest wszystko tak, jak chcemy, a nie tak, jak dawno temu urządził ktoś inny.

I tym sposobem remont dołączamy do długiej listy rzeczy, które mogą prowadzić do przemyśleń filozoficznych.
To dobrze, bo strasznie mi zimno dziś w biurze, a takie refleksje pokrzepiają, można rzec, nomen omen, że są budujące 🙂

10 powodów, żeby nie ćwiczyć jogi

Krótko i na temat: kilka wyjaśnień, dlaczego nie chadzasz na jogę.

1. Nie mam czasu.

Najlepszy powód ever, żeby nie robić czegokolwiek. Mam tę wymówkę w zanadrzu, ilekroć na horyzoncie pojawia się jakieś badziewie, w którym mam brać udział. Mam w końcu obowiązki. Godzina, o której jest joga, to akurat jedyny możliwy termin na wypranie narzecza mężowskich skarpet, ugotowania gara kartofli i obejrzenia osiemdziesiątego ósmego sezonu serialu Moda na Breaking bad w Wielkim Mieście (w nowym odcinku odcięta głowa Ridge’a jeździ na skorupie żółwia nafaszerowana dynamitem). Prawda jest taka, że na ważne rzeczy czas jakoś się musi znaleźć. Na przykład na umycie zębów. Joga jest jak mentalna higiena osobista. Przysięgam, że tak jest. Różnica między znalezieniem czasu na praktykę a olaniem tematu jest jak różnica między posiadaniem lśniącego, wypielęgnowanego uśmiechu hollywoodzkiej gwiazdy a paradowaniem z obiadem z zeszłego miesiąca wciśniętym między dwa ostatnie, zczerniałe zęby, spośród których przy wydechu wyfruwa stado much, a na języku gromadzi się kolonia grzybów zagrażająca lokalnemu ekosystemowi. Kogo wtedy obchodzi, czy jesteś wystarczająco dobrą gospodynią/matką/kumplem/kibicem/pracownikiem itd?

2. Nie mam kasy.

Myślisz, że ja mam kasę? To po co ja tu jeszcze siedzę, powinnam już dawno robić rundkę po malowniczych amerykańskich parkach krajobrazowych moim nowym krążownikiem szos. Załóż sobie blokadę na allegro, olej nową torebkę za pół wypłaty, przestań jeździć samochodem do Biedronki 100m od chaty, nie idź raz w melanż, to od razu hajs się znajdzie. Później kupisz sobie matę i od tej pory ćwiczenie jogi będzie Cię wynosić horrendalną kwotę zero złotych. Skorzystaj z programu motywacyjnego Karta Multifitcośtam, jeśli masz znajomych w korpo lub sam masz przyjemność tam pracować. Po wycisku na jodze będziesz mógł zakończyć wieczór na saunie, a jeśli jesteś kobietą – przy okazji nauczysz się tańczyć salsę. Same plusy, aczkolwiek kiedy nie miałam tej karty, sumiennie płaciłam za zajęcia, a to dlatego, że są to bardzo dobrze zainwestowane pieniądze.

3. Nie mam siły. Jestem taki zmęczony po całym dniu.

Już tłumaczę. Siła bierze się z mięśni. Nie jesteśmy czystym umysłem, przytroczonym do ciała za pomocą duszy. Człowiek składa się z ciała, czy mu się to podoba czy nie, i to stan i kondycja ciała decyduje o tym, ile kto ma siły. Również psychicznej. Jeżeli ciało jest słabe, zajechane powtarzającymi się czynnościami, wyczerpane przebywaniem ciągle w jednej pozycji i nie jest regularnie wietrzone, nawadniane, rozciągane i wzmacniane, to i głowa po chwili nie ma siły, motywacji, i tak wciąż kończymy na kanapie, ledwo mając siłę, żeby zmienić program w TV. Dodajmy do tego modę na odreagowywanie stresów alkoholem, który ciało dodatkowo osłabia. I dół gotowy. Joga jest specyficzną aktywnością, inną niż wyczerpujące treningi cardio czy wyciskanie na siłowni. Nie jest nakierowana na jak największe osiągnięcia, tylko znalezienie balansu. Rozciągnięcie zmęczonych mięśni działa jak balsam, jak najlepszy masaż. A po pewnym czasie zauważysz, że już nie czujesz się taki zniszczony po ciężkim dniu pracy pełnym wyzwań, trudnych klientów i toksycznych szefów, a w dodatku masz pomysł, co z tym zrobić.
Jest jeszcze jeden plus. Mocniejsze mięśnie produkujące więcej siły potrzebują więcej zasilania w postaci pokarmu. Możesz zatem zjeść więcej – i nie pójdzie w biodra 🙂

4. Nie jestem rozciągnięty, a na pierwszych zajęciach każą mi zakładać sobie obie nogi za głowę stojąc na rękach.

Po pierwsze: nikt Ci nic nie każe, przy wykupywaniu karnetu nie podpisujesz własną krwią żadnego cyrografu mówiącego, że od tej pory jesteś zmuszony do wykonywania poleceń, a w przyszłym tygodniu jest rytualne samobójstwo i oczywiście jest obowiązkowe. Jeśli czegoś nie potrafisz zrobić, to nie robisz i koniec pieśni. Trudno jest przekonać na początku ego, że naprawdę nie musisz zadrzeć nogi aż tak wysoko jak typ z siwą brodą po lewej, ale później to prawdziwy kamień z serca. Po drugie, po to są te wszystkie grupy początkujące, żeby ludzie zrobieni z drewna mieli gdzie rozwijać skilla i pomału przeistaczać się w ludzi z gumy. Ja po dwóch latach praktyki nadal najczęściej chodzę na grupę początkującą, dopiero ostatnio zaczynam bez większych problemów robić trudniejsze pozycje z tej grupy i nadal uważam, że na ogólną chodzą sami mędrcy bez kości. Wiem doskonale, jaka to obawa, kiedy instruktor prezentuje pozycję, przy której normalni ludzie łamią kark, i ja zaraz będę to zrobić. Ale wiem też, że tam dotrę. Joga właśnie na tym polega: na przekraczaniu własnych granic. Kiedy po miesiącach praktyki wreszcie widzisz, że zaczyna wychodzić, że Twoje wysiłki mają sens i że naprawdę własnym działaniem jesteś w trakcie dokonać istotnej zmiany – jest to potężny kop motywacji, nie tylko do jogi, ale też do przeniesienia nowych spostrzeżeń na inne dziedziny życia.

5. Joga jest nudna, wolę dynamiczne sporty.

To stały i odrobinę irytujący argument, pochodzący chyba z ubiegłego stulecia i promujący stereotyp jogi jako trwania w egzotycznej pozie bez ruchu. Słuchaj. Joga ma wiele odmian, jeśli lubisz medytację i hinduskie zawodzenie to dobrze trafiłeś. Jeśli lubisz porządny fizyczny wycisk, to trafiłeś jeszcze lepiej. Ważne, żeby wiedzieć na co się wybierasz i jak bardzo wysiłkowe lub delikatne będą zajęcia, albowiem może się okazać, że sam jesteś sobie winien idąc na lekcję tenisa i dziwiąc się, że nie jeżdżą tam konno. Nie sądzę, żeby na przykład ashtanga yoga okazała się dla ciebie za mało dynamiczna. Nuda to ostatnie słowo, które przyszłoby mi do głowy na określenie zajęć, gdzie od pierwszej sekundy do ostatniej cały czas wyciskasz z siebie siódme poty. Zresztą na porządnej sesji hatha yogi (to ta, w której wygląda, jakbyś się nie ruszał i nic nie robił) też nie ma obijania się. Każdy mięsień musi być precyzyjnie ustawiony i jeszcze trzeba wytrzymać parę minut w tej pozycji. Czasem zmaganie z samym sobą zajmuje tyle uwagi, że cała praktyka zlatuje jak z bicza strzelił, a Ty, leżąc w relaksie, jesteś pełen euforii, że w końcu możesz sobie poleżeć bez ruchu.

6. Joga jest niewygodna i boli.

Ha! Chciałoby się wypełnić życie samymi przyjemnościami. Ten mechanizm pochodzi jeszcze z czasów, gdy życie było prostsze i ból często oznaczał, że właśnie pożera nas niedźwiedź, nadgryza lis lub wdepnęliśmy w gniazdo os, a przyjemność – że przyjmujemy pokarm i nie umrzemy z głodu. Obecnie proste powtarzanie przyjemności i unikanie bólu może nam załatwić całą gamę chorób cywilizacyjnych. Wiedza, że prawdziwa cena za wypalenie fajki czy zjedzenie ciastka nie jest wypisana na opakowaniu, tylko przychodzi na rozpoznaniu od kardiologa wiele lat później, dla wielu z nas wciąż jest tajemna i niejasna. Poważnie – nie wszyscy łapią związek między przyczyną a skutkiem, a już na pewno większość lubi wierzyć, że ich to akurat nie dotyczy. (Ja czasem też.) A przecież zakwasy to najprzyjemniejszy rodzaj bólu. Boli, więc działa. Joga szybko wbija do głowy, że to, co przychodzi jako nagroda za wysiłek i determinację, jest najwięcej warte, i że pójście na taką nawet straszną, bolesną jogę jest w gruncie rzeczy fajniejsze, niż siedzenie i czekanie na garba. Poza tym szybko uczysz się, że istnieją różne rodzaje bólu i w ogóle odczuć. Ciało nieustannie wysyła nam komunikaty, których nie odbieramy, bo nie słuchamy, nauczeni, że to nieważne. Tymczasem odkrywamy, że ciało nie jest zbędnym balastem służącym do utrzymywania mózgu przy życiu, tylko naszą integralną częścią, jest mądre, i do tego jest naszym sprzymierzeńcem. Powie nam nie tylko, gdzie jest prawdziwy kres naszego skłonu do przodu (wcale nie tam, gdzie zaczyna boleć), ale też powie, kiedy zbyt długo idziemy w złym kierunku, wykonujemy nieodpowiednią pracę, marnujemy życie w związku, za duże ciężary dźwigamy i dosłownie, i w przenośni. To może być dopiero niewygodne i bolesne. Ale chyba warto się przekonać.

7. Joga jest dla kobiet, a ja jestem prawdziwym mężczyzną i mam cojones.

Fakt, dużo kobiet ćwiczy jogę. Sporo ich też czyta książki, tańczy na parkiecie, gra i śpiewa, jeździ na rowerze. Jak tak dobrze pomyśleć, dla facetów zostaje tylko piłka nożna, wojsko i polityka, bo nawet motoryzacja i picie piwa stały się uniseksowymi zainteresowaniami. Dlatego jeśli martwi cię, że coś robią kobiety, to masz problem, przynajmniej pod naszą szerokością geograficzną. Natomiast może cię zainteresować, że przez całe wieki joga była zarezerwowana wyłącznie dla mężczyzn. Po prostu to nie było kobiece zajęcie i basta. Bez owłosionej klaty nie wpuszczali na matę. Dopiero współczesne kobiety podłapały, że skoro mogą głosować i prowadzić samochody, to praktyka jogi też wchodzi w grę. I co? Tak po prostu oddajesz teren? Na niektórych zajęciach bywa nawet wiecej mężczyzn, niż kobiet. Niektóre asany są dla nich znacznie łatwiejsze, inne są wielkim wyzwaniem, a wyzwania chyba lubisz. Brak rywalizacji wbrew pozorom jest dla Twoich boskich cojones i Twojej psychy wojownika bardzo zdrowy. Rozładujesz też nadmiar energii, a na Twoje wyrzeźbione i utrzymane w idealnym zdrowiu ciało spojrzy każda laska, nieważne, jaką masz facjatę. A jeżeli przeraża Cię, że jacyś kumple skomentują Twoje nowe zainteresowanie, zastanów się, czyje to życie i kto Ci będzie mówić, co Ci się ma podobać, a co nie.

8. Jestem za stary, zanim się nauczę, będę mieć sto lat.

Jak to mówią – będziesz mieć tyle samo również wtedy, kiedy się nie nauczysz. A na pewno będziesz wtedy wyglądać i czuć się zupełnie inaczej. Joga to eliksir młodości. Idź na zajęcia i zobacz te wszystkie siwe, starsze panie, jakie mają umięśnione, wyprostowane i silne ciała, ile energii i żywotności w nich jest. Ciało każdy ma tylko jedno i fajnie, kiedy jest w dobrym stanie i długo nam służy. W szkołach jogi są zajęcia dla seniorów, delikatne zajęcia dla ludzi ze schorzeniami kręgosłupa, grupy dla kobiet z typowymi problemami, a na sali wcale nie przeważają dwudziestolatki. Poza tym daj spokój, ciepłe kapcie i TV? Coś Ci się jeszcze należy od życia.

9. Nie mogę ćwiczyć jogi, bo ksiądz powiedział, że to grzech.

Trudno polemizować z takim argumentem. Każdy z nas dokonuje w życiu własnych wyborów i jeżeli podjąłeś decyzję, że swój światopogląd oprzesz na tym, co mówią księża, to pozostaje mi to uszanować i przyznać, że to nie moja sprawa. Na poważnie i bez ironii. Przyjmując niektóre autorytety nie możesz ćwiczyć jogi, medytować ani robić żadnych innych rzeczy, które przybliżają cię do zgłębiania duchowości na własną rękę, bez pośrednictwa księży. Bo w jodze, tak jak wszędzie w świecie wokół nas, jest duchowość i moc. Jest radość, miłość, idea niekrzywdzenia, ciągła praca nad sobą, skupienie i wyciszenie, droga do poznania siebie. Nikt Ci nic nie wciska, to indywidualna ścieżka, oparta na doświadczeniu, nie na ślepej wierze. Dlatego jest zagrożeniem dla niektórych systemów. Jeżeli im ufasz. pozostaje Ci zrezygnować z praktyki. Pozostałym polecam podjęcie decyzji samodzielnie. Mnie osobiście pokojowa, nieinwazyjna i dążąca do harmonii filozofia jogi nasuwa skojarzenie z przesłaniem głoszonym przez pewnego żyjącego ponoć wieki temu długowłosego kolesia z brodą, za którym ówczesny Kościół również nie przepadał;)

10. Nie chce mi się.

Po tym, jak się tu rozpisałam, wciąż Ci się nie chce? Tylko jedna osoba może sprawić, że Ci się zachce – zgadnij kto. Nie ja. I nie mówię tylko o rozpoczęciu praktyki jogi, ale o tym, żeby w ogóle wstać, wyłączyć kompa i zacząć działać. Zawsze się na tym dobrze wyjdzie. Polecam. I życzę miłego dnia 🙂

Happy Eastra!

Wszystkim zabłąkanym na tę stronę internetowym wędrowcom życzę Wesołych Świąt!

Jednocześnie pragnę doprecyzować, o jakie święta chodzi.

Nie trzeba daleko googlować, by znaleźć dość precyzyjne informacje o tym, kiedy dokładnie święto chrześcijańskie zostało doklejone do słowiańskich obchodów wiosennego święta Matki Ziemi, święta nowego życia, płodności i urodzajności. Wzięto wtedy pogańskie symbole jajka i zająca – obrazujące odwieczny cykl odradzania się natury – i związane z nimi wiosenne obrzędy, których prosta ludność nijak nie chciała porzucić, i wcielono je w tradycję chrześcijańską, trafnie przewidując, że za ileś tam lat ludzie nie będą za bardzo wnikać, skąd to te wesołe zające i ten śmigus dyngus właściwie wzięły się w obchodach krwawej opowieści biblijnej – i będą gorliwie świętować wszystko jak leci, od czasu do czasu wyszydzając tylko fakt, że ateiści również bezczelnie jedzą ze swoimi rodzinami jajka, mazurki i babki drożdżowe przy niedzielnym śniadaniu. I liżą cukrowe baranki.

Wychodzi na to, że podli ateiści mają takie samo prawo lizać baranki i malować pisanki, o ile doceniają i chcą symbolicznie uczcić fakt, że po każdej zimie przychodzi wiosna, a cud życia, czy to spowodowany ewolucją czy potęgą Absolutu, co roku objawia nam się w przepięknie pachnącej, melodyjnej, barwnej i różnorodnej formie.

Tak samo zresztą symbole Bożego Narodzenia tudzież pozostałych świąt katolickich zostały pożyczone z prasłowiańskich, celtyckich, rzymskich i innych dawnych tradycji. W większości święta te w oryginale hołdowały naturalnym zjawiskom zachodzącym w przyrodzie, wplatając do tego lokalne bóstwa albo i nie, bo takie już te ludy pogańskie były, że wielbiły naturę i przyrodę, żyjąc z nią w zgodzie, a nawet jak miały jakieś bóstwo, to było ono emanacją przyrody i drzemiącej w niej mocy.

Ale któż miałby to wiedzieć i po co. W końcu na historii uczyli nas już od podstawówki, że państwo polskie powstało w 966 roku. Wcześniej to tylko bory, lasy, wilki i niedźwiedzie. Nie było niczego, jak prawił Kononowicz w swoim hipsterskim swetrze. A przecież skoro coś nam powiedzieli dorośli, jak byliśmy mali, to musi być to prawda 🙂

Życzę zatem całemu światu wesołych, radosnych świąt i słonecznej, ukwieconej wiosny!