Łódź Festiwalowa #1: Łódź Czterech Kultur

Miniony weekend obfitował w atrakcje kulturalne jak mało który. Organizatorzy festiwali wszelakiego rodzaju postanowili się zmówić i wybrać ten sam termin. Z tego, co do mnie dotarło, do wyboru był: Festiwal Animacji, Fotofestiwal, Łódź Czterech Kultur, Street Food Festiwal, Festiwal Festiwali i Festiwal Festiwali Festiwali (Jak napisać słowo bardzo wiele razy, to traci swoje znaczenie i zaczyna wyglądać nienaturalnie). Miało to zalety dla kogoś, kto akurat postanowił specjalnie przyjechać do Łodzi, ale też przez to, że wszystko ze wszystkim się pokrywało, a jeszcze trzeba było kiedyś zjeść obiad i oddać się relaksowi, sporo dobrego mnie ominęło, za to przez resztę letnich weekendów pewnie będę się ciężko zastanawiać, co ze sobą zrobić. (Chyba, że to dopiero początek. Na przykład za tydzień jest Festiwal Kolorów).

Mój wybór padł na Festiwal Łódź Czterech Kultur, oferujący sporo darmowych i całkiem atrakcyjnych występów artystycznych, i na Fotofestiwal, gdzie szczególnie skusiły mnie fotospacery. W programie zwiedzanie starych Zakładów Przemysłu Wódczanego „Polmos” na Wydawniczej, a także, uwaga, łódzkich elektrociepłowni!! Jako miłośniczka industrialnych krajobrazów, ciężkiej maszynerii i stref podwyższonego zagrożenia nie mogłam tego przepuścić, tym bardziej, że od dziecka chciałam tam wejść. Dziwne marzenia jak na dziecko, ale gdy dodać, że to dziecko pochodzi z miasta włókniarzy i jednym z jego pierwszych wspomnień jest widok na starą fabrykę na Zarzewskiej, to wszystko staje się jasne.

W pierwszej kolejności opiszę, jak się ukulturalniłam na Czterech Kulturach, a w drugiej części będzie dużo industrialnych zdjęć do oglądania. Ponieważ z całej gamy atrakcji przeważnie moją uwagę przykuwa to, co prezentuje się najdziwniej i najbardziej nieprzewidywalnie, postanowiliśmy z Wojną (mamy wzajemny zaszczyt dzielić ze sobą życie) zobaczyć Cyrk Czterech Kultur, w szczególności rosyjski niemy teatr clownów Licedei. Na dzień dobry kilka razy zapytano nas w różnych punktach na wejściu, czy jesteśmy rodziną lub znajomymi, a gdy okazało się, że tak tylko przyszliśmy sobie popatrzeć, wszyscy okazywali zdziwienie. Czyją rodziną miałabym być? Rosyjskich clownów? Aż spojrzałam w lusterko, czy nie mam rosyjskiego typu urody, ale nie. Polecono nam, by usiąść w tylnych rzędach, ale ponieważ publiczność stanowiąca krewnych i znajomych… jak się okazało niepełnosprawnych dzieci występujących wraz z artystami na scenie, zajmowała najwyżej połowę sali, a reszta była raczej niezasiedlona, pozwoliliśmy sobie usiąść w rzędzie środkowym. Na szczęście nie przegonił nas stamtąd żaden ruski arystokrata. Wstęp jest taki przydługi, bo i na start przedstawienia trochę trzeba było poczekać, ale w końcu się udało. Jak było? Cóż, dawno nie widziałam występu clownów, ale ten wyglądał naprawdę nietypowo. Na pewno bardzo kolorowo. I w pewien sposób nieziemsko. Czasem zabawnie w niewymuszony, cyrkowy i bezczelny sposób, czasem ładnie, delikatnie i baśniowo, czasem chaotycznie, hałaśliwie i niezrozumiale, gdy na scenie nagle robiło się tłoczno, każdy robił co innego, a wszystko naraz i z osobna nie miało cienia sensu. Wyszliśmy zadowoleni i dość zmęczeni. Na pewno nie można powiedzieć, że występ był krótki albo pozostawiał niedosyt.

Drugiego dnia pokusiliśmy się o wizytę na Rewolucji 29, gdzie w podwórku kamienicy miał się odbyć jednorazowy eksces artystyczny „Lament Łódzki” z udziałem studentów wydziału aktorskiego łódzkiej Szkoły Filmowej. Tam również trzeba było trochę poczekać na rozpoczęcie, a to dlatego, że pod bramą stało chyba ze sto osób, a wpuszczano strumyczkiem po dwie, trzy osoby od czasu do czasu i nikt nie rozumiał, dlaczego. Dobrze, że udało się wbić tak blisko wejścia, bo inaczej moglibyśmy zostać odprawieni z kwitkiem. Gdy w końcu brama otwarła się szerzej i weszliśmy jako jedni z pierwszych przedstawicieli plebsu, okazało się, że całe podwórko jest już zadźgane vipami, czyli krewnymi i znajomymi, którzy zajęli każde wolne miejsce siedzące. Absolutnie mi to nie przeszkadzało, bo jako była harcerka wszędzie noszę ze sobą kraciasty koc, który niewiele myśląc wyciągnęłam z plecaka i zrobiłam sobie miejsce siedzące na ziemi. Ludzie obsiedli nie tylko wolne skrawki spękanego betonu wokół mnie, ale też dachy i klatki schodowe. Tylko przejście po prawej stronie tłumu musiało pozostać wolne, o czym dowiedzieliśmy się wiele razy, ponieważ mniej więcej co minutę ktoś był stamtąd przeganiany:)

A spektakl? Fantastyczny, wciąż do niego wracamy z Wojną i przerzucamy się cytatami. Przede wszystkim mega pomysł. Całą treść merytoryczną stanowiły wypowiedzi internautów znalezione w anonimowej przestrzeni wirtualnej, gdzie jak wiadomo każdy pisze, co mu ślina na język przyniesie i wszystko jest jednocześnie autentyczne i bezwartościowe. Teraz zostało to ucieleśnione, przeniesione w walące się, pachnące stęchlizną, obdarte podwórze częściowo opuszczonej kamienicy, oświetlone i nagłośnione tak, że przypominało wielki, surrealistyczny teatr. Myślę, że aktorzy dali sobie radę z interpretacją internetowych mądrości wręcz śpiewająco. Dosłownie, bo sporo śpiewali, darli też ryja, przeklinali i tańczyli w rytmie wiejskiego techno, co akurat jest trochę niesprawiedliwe, bo w Łodzi techno zawsze było dobre. Reszta była prawdziwa do bólu i trafiona w sedno. Łodzianie z upodobaniem srają we własnym domu. Strzygą się w Tesco na Widzewie, kupują w Biedronce, nawet zarabiając osiemnaście tysięcy miesięcznie. Można tego wszystkiego dowiedzieć się z forum Gazety, ale też z własnych obserwacji. Natomiast czy wszyscy? Fora internetowe typu Gazeta czy Kafeteria to kwintesencja polskiej napinki, siedlisko sfrustrowanych kur domowych i wszechwiedzących wujków dobra rada, ale w moim środowisku chyba nie ma ani jednej osoby, która by tam namiętnie przesiadywała (Jest? Dajcie mi znać, to wywalę ją ze znajomych, hłę hłę), chyba, że dla beki i dla zadziwienia się, że ktoś naprawdę tak napisał. Część z wypowiedzi na forach to przecież także trolling, czyste prowo, służące temu, by podniósł się kurz i pierze rozhisteryzowanych kur i kogutów. Nic z tego nie dzieje się naprawdę. Czy zatkało kakao? Nie, za długo już siedzę w internecie i zbyt wiele osobliwości w nim widziałam, nawet więcej, niż bym chciała. Natomiast to chyba najciekawszy spektakl, jaki obejrzałam w ostatnim czasie. Bezceremonialny, narysowany grubą kreską i chwytający za serce, nawet, jeśli nieco przeciągnięty. Kocham moje miasto i ten jego surowy klimat. Mimo wąwozu Zdanowskiej i tragicznego wizerunku, który sami sobie stworzyliśmy. Mam nadzieję, że młode pokolenie, które siedzi na rampie na Offie, a nie na forum Onetu, trochę go podkoloruje w przyszłości. Póki co, dobrze, że coś się dzieje, że ktoś coś robi, że nie jesteśmy skazani na wieki wieków na tandetę i chodzenie po linii najmniejszego oporu.

Łódź Czterech Kultur odbędzie się także w nadchodzący weekend, ale z tego, co wiem, nie będzie mnie w mieście. Nawet najbardziej zakochana w Łodzi mieszczka musi czasem od niej odpocząć:)

Natomiast o Fotofestiwalu i zapierającej dech w piersiach EC2 opowiem następnym razem, czyli niedługo.

Stay tuned, keep calm & have fun!

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Łódź Festiwalowa #1: Łódź Czterech Kultur

  1. Z tym spektaklem to mieliście podobne wrażenia jak ja kiedyś na 4kulturach. Kilka lat wstecz byłam AOIA na adaptacji opowiadania „Bobok” Gogola. Malutka scena, przepełniona sala, spektakl prześwietny. 🙂 Również była żonglerka cytatami i to przez kilka kolejnych miesięcy z osobą, z którą się wtedy wybrałam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s