NOWY ADRES BLOGA!

http://witajslonce.pl !

Od półtora miesiąca nabieram wprawy w przenoszeniu swoich manatków z miejsca w miejsce. Przeprowadziłam się w tym czasie trzy razy, z Polesia na Bałuty, później z Bałut na Widzew, później z Widzewa na Polesie, więc jeszcze tak przy okazji, skoro już jestem na nogach, postanowiłam jeszcze przeprowadzić bloga.

Założyłam go najpierw na wordpress.com, bo to szybkie i proste, a chciałam zobaczyć, jak będzie mi się go pisać. Pisałam już kilka blogów i zdecydowanie założenie bloga jest prostsze, niż jego późniejsze prowadzenie:) Okazało się, że dawno nic nie dało mi takiej frajdy, jak tworzenie notek i zdjęć po to by je tu zamieścić, więc sprawa jest prosta.

Parę udogodnień:

– Nie trzeba już wysilać palca na scrollu od myszki. Wpisy występują w skróconej wersji, i w ogóle postarałam się jak mogłam, żeby ułatwić nawigację. Jeśli ktoś ma jeszcze jakieś pomysły czy sugestie, to chętnie wezmę je pod uwagę.
– Komentarze dodawane za pomocą Disqusa. Jeśli komentowałeś/aś kiedykolwiek jakiegokolwiek bloga, to niewykluczone, że już masz tam konto. Jest bardzo praktyczne, bo dzięki temu można śledzić swoje komentarze i rozpoczęte dyskusje we wszystkich serwisach, które tego używają. Można też nigdzie się nie logować i komentować anonimowo. Żaden problem jak dla mnie.
– Dostosowanie dla smartfonów, tabletów itd, żebyś mógł też poczytać w pociągu lub na plaży:)

Kombinowanie przy szablonie, w którym poza samym szkieletem wszystko chciałam pozmieniać, było dla mnie przy okazji solidną dawką podstaw PHP i stylów CSS. Ponieważ jestem zupełnie zielona w temacie programowania, a jedyne moje doświadczenie to dłubanie w html w poprzednich blogach, no, jeszcze rysowanie kresek na ekranie za pomocą żółwika LOGO za czasów komputerów ośmiobitowych, to jestem na maksa dumna z efektu. Oczywiście z czasem wszystko będzie wyglądać coraz lepiej, w miarę jak będę się tego uczyć albo dorobię się pomocy technicznej.

Jeżeli chodzi o obecny adres, to nie będę już tu nic więcej dodawać.

Mam nadzieję, że się Wam spodoba nowa odsłona 🙂 Zapraszam serdecznie.

http://witajslonce.pl 🙂

Łódź Festiwalowa #2: Fotofestiwal

Jaram się, bo właśnie w końcu po miesiącach dylematów zdecydowałam się kupić bilet na Polskiego Busa. Jedziemy na weekend do Berlina pod koniec sierpnia! I to na couchsurfing, jak dobrze pójdzie (jak źle, to już stamtąd nie wrócimy). Zapachniało przygodą. Zainwestowałam w to kosmiczną kwotę 90 zł za przejazd w obie strony. A tymczasem pora zamieścić drugą część opisu ubiegłego weekendu, bo kolejny już za pasem.

Odkąd usłyszałam o łódzkim Fotofestiwalu, od razu wiedziałam, że zawitam. Pisałam już zresztą o tym w poprzedniej notce, a więc do rzeczy.

Zaczęliśmy w piątek od pokazu zdjęć „Brooklyńska noc fotografii” w lokalu o nazwie Lokal, a raczej w podwórku przed nim. Zdjęcia jak można było się spodziewać świetne, a towarzysząca im muzyka jeszcze bardziej. Nowy Jork jest dość wysoko na liście miejsc, które chciałabym odwiedzić. Fajnie się ogląda prace autorstwa ludzi, którzy tam mieszkają na codzień, znają to miasto od podszewki i potrafią pokazać, jak je widzą swoimi oczami. Każdy widzi co innego. Ja też na przykład jak patrzę na takie Bałuty to widzę potencjał, a inni widzą psie kupy na chodnikach. I wszyscy mamy rację.
Nie byłam jeszcze w Lokalu i zarówno on, jak i jego otoczenie, wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Choć też nie było go za dobrze widać spod chmar ludzi, którzy nawiedzili to miejsce. Była też wystawa zdjęć w środku, ale tłumy już zupełnie utrudniły mi oglądanie. Mam zamiar jeszcze specjalnie przejść się po festiwalowych galeriach po mieście, kiedy będzie większy luz. Później zaczął się koncert rockowy, na pewno był bardzo udany, ale my się zmyliśmy już na samym początku, żeby nas nie podkusiło stanąć w godzinnej kolejce po następne piwo.

W sobotę wybraliśmy się do nieczynnych zakładów Polmosu, po których obiecywaliśmy sobie urbeksowych smakowitości. Srodze się jednak przeliczyliśmy, bo już na wejściu okazało się, że otwarty jest tylko zewnętrzny teren, a ten wygląda zupełnie jak na Offie, Wimie i we wszelkiego typu starych pofabrycznych kompleksach, tylko że jest pusty. Bardzo ładny zresztą, mają go ponoć rewitalizować i urządzać tu kolejne centrum kultury hipsterskiej, co jest zawsze dobrą opcją.

IMG_0438
Niestety nastawieni byliśmy na zakurzone wnętrza, a dostaliśmy same elewacje, i nawet nigdzie nie można było się wspiąć, bo pan ochroniarz odpędzał. Jasne, względy bezpieczeństwa, umowa z właścicielem obiektu, kumam, ale co szkodziło chociaż otworzyć drzwi i postawić barierkę, żeby ludzie mogli zobaczyć, jak te zakłady wyglądały w środku?

IMG_0388

Mnie się udało zajrzeć przez okno. To najlepsze, co widziałam podczas tej wycieczki.

Wokół chodziło pełno fotografów robiących z bliska zdjęcia złuszczonej farby niczym rzeczoznawcy sądowi. Nie wątpię, że komuś udało się uczynić ten teren bardziej fotogenicznym. My jednak poddaliśmy się i …

IMG_0397
…zaczęliśmy wzajemnie robić sobie zdjęcia na tle murów, bo do tego się to miejsce najbardziej nadawało. Idealne pod sesję ślubną, ewentualnie mroczny gotyk w podartych pończochach, klimat rodem z opuszczonego szpitala psychiatrycznego itd.

IMG_0413

To akurat sprawiało nam całkiem sporą frajdę 🙂

IMG_0407

IMG_0423

IMG_0439
Ogólnie zobaczymy, co tam będzie, jak to rozkręcą pod nową nazwą Monopolis. Póki co, były tam organizowane różne wydarzenia fotofestiwalowe. Na przykład wystawa fotografii artysty o nazwisku Brian Griffin (czy kogoś Wam to nazwisko nie przypomina? Bo mnie tak. Uwielbiam Family Guy’a:)).

IMG_0449
Drugiego dnia już baliśmy się cokolwiek sobie obiecywać, żeby się nie rozczarować, bo braliśmy pod uwagę, że będziemy oglądać elewację elektrowni z zewnątrz. Szybko jednak okazało się, że tym razem będziemy włazić wszędzie, gdzie się da. Wszyscy dostaliśmy siatki na włosy, kaski i jaskrawopomarańczowe kamizelki, a jedna pani dostała zdziwko, bo została cofnięta spod samego wejścia z powodu nieprzepisowych butów.

IMG_0446

Teraz będę się musiała bardzo starać, żeby nie wkleić 50 zdjęć. Wszystkie mi się podobają. Pstrykałam je jak oszalała. Dziecko we mnie dostawało spazmów ze szczęścia. Nie wiem, jak inni, ale ja naprawdę zawsze strasznie chciałam wejść do elektrociepłowni i w końcu weszłam, a do tego jeszcze z aparatem! To tak, jakbym mogła ją trochę zabrać ze sobą do domu.

IMG_0466

Na początku zaprowadzili nas do miejsca, gdzie było strasznie dużo wielkich kotłów w różnych kolorach. Miły pan kierownik z wąsem mówił, jak się te pomieszczenia nazywają, chociaż nie wtajemniczał nas w dokładne mechanizmy działania urządzeń, pewnie na wypadek, gdyby okazało się, że ja i Wojna jesteśmy szpiegami. Wszystko było pod ciśnieniem, wydawało z siebie syczące odgłosy i od razu dostałam nóg z waty. Może to taki mój fetysz.

IMG_0475

Później znaleźliśmy się w komnacie Wielkiego Elektronika. W tym pomieszczeniu rodem ze statku kosmicznego znajduje się panel sterowania, służący do rządzenia całym miastem. A przynajmniej tej jego części, którą EC2 zaopatruje w prąd i ogrzewanie. Wszędzie było pełno małych pstryczków i niczego nie można było dotykać, choć korciło mnie, by podejść i jednym ruchem palca odłączyć prąd na całej alei Politechniki. Ciekawe, kiedy by znowu zrobili fotospacer po elektrociepłowni.

IMG_0489

Rejestrator zakłóceń, to tutaj widać, kiedy następuje zakłócenie na sekundę przed tym, jak cała elektrownia ma wylecieć w powietrze. Oczywiście tak naprawdę nie wiem, co to jest za rejestrator, pewnie pokazuje, kiedy jakaś baba ma zepsute gniazdko i wywala przez nią korki w bloku, ale wygląda fajnie i do tego jak się dobrze przyjrzeć, to jest to trochę selfie.

A później zaczęło się najlepsze.

IMG_0496

Przeszliśmy stamtąd do wielkiej hali, gdzie było strasznie gorąco, duszno i głośno. Na środku stały ogromne huczące maszyny. Wszędzie ziały przepaście, dziury w podłogach ułożonych z jakichś metalowych płyt i krat, które wyglądały, jakby były strasznie stare i sfatygowane. Takie w istocie były, elektrociepłownia ta jest przestarzała i w przyszłym roku mają ją wyłączyć. Działające urządzenia wyjadą do innych obiektów, a sam budynek.. nie wiadomo, co się z nim stanie. Krążyłam tam przerażona i wzruszona. To wszystko było oszałamiająco piekne. Skomplikowane, potężne, zaprzęgnięte do ciężkiej pracy dla człowieka. Energia okiełznana. Iście alchemiczne, czarodziejskie miejsce. Było mi szkoda tego przemijania, tego, że te wspaniałe maszyny tyle czasu działały, tyle siły wytworzyły, a niedługo zostaną wyłączone, niektóre z nich na zawsze. Jak w wielu miejscach podkreślam i będę to robić, nie jestem zagorzałą miłośniczką cywilizacji, a jednak industrialne widoki zawsze wywoływać będą u mnie gęsią skórkę.

IMG_0500

IMG_0512

IMG_0529

Weszliśmy też do hali obok, składającej się przede wszystkim z wielkich dziur po kotłach, które już wyjechały, i spektakularnej instalacji porastającej całą ścianę. Przypomniała mi się taka przygodówka z lat 90tych, której nikt poza mną nie pamięta – „Beneath a steel sky”. Maszyny zrastające się z biologicznymi żywymi organizmami, oddychające rury, maszyna-półcyborg oplatająca podziemia całego miasta. Kurczę, ale mi się przypomniało, może jest walkthrough na youtube („Babciu, czy widziałaś walkthrough na youtube tej gry o półcyborgach?” Ciekawe, jakim językiem będą się porozumiewały moje wnuki).

IMG_0532

Ludzie, którzy chodzą po tych schodach muszą mieć nerwy ze stali, ciekawe, ile trwa przyzwyczajenie się do tego typu atrakcji. Ja bym chyba raczej się tam wczołgiwała, albo wręcz wczołgałabym się na górę, a na dół trzeba by mnie zdejmować dźwigiem.

IMG_0526

Stopień skomplikowania tego obiektu jest po prostu porażający. Wszędzie są jakieś małe rurki, grube rurzyska, przełączniki, kotły i kociołki, tajemnicze zaworki i sapiące kolosalne machiny, a wszystko do czegoś służy, jest na swoim miejscu i nie można się bez tego obejść.

IMG_0540

To już na dworze, dopiero po wyjściu stamtąd uświadomiliśmy sobie, jak tam było gorąco. Upał panujący na zewnątrz był jak miły zefirek.

IMG_0550

Na deser weszliśmy do tego grubego komina, który mijamy, jadąc al. Politechniki. Okazało się, że to wcale nie komin, tylko chłodnia. Dla ochrony przed zagrażającymi bakteriami (które dziś mnie na pewno zaatakowały, bo mam jakąś wysypkę) dostaliśmy dodatkowe maski z filtrem węglowym, przez co wszystko zyskało jeszcze bardziej surrealistyczny feeling. Jeżeli ktoś nie wie dlaczego, niech sobie obłoży całą głowę różnymi ochronnymi maskami i kaskami i spróbuje tak wejść w jakieś malutkie drzwiczki, a następnie po stromiutkich schodeczkach, a wszędzie dookoła lejąca się, hucząca woda, i w pewnym momencie widzisz, że jesteś pośrodku takiego trochę ujarzmionego krytego jeziora, wszędzie wokół widzisz coś, co nie przypomina nic ci znanego i ledwo możesz oddychać przez tę całą maskę. Wrażenie było takie, że gdyby ten komin się oderwał od kontynentu i podryfował na Biegun Północny, to nawet by mnie to aż tak nie zdziwiło.

IMG_0548

IMG_0563

IMG_0569

Ostatnie spojrzenie na budowlę, z której wnętrza właśnie wyszliśmy.
I do domu! (A raczej do lasu, bo był piękny dzień i trzeba by upaść na głowę, żeby przesiedzieć go w czterech ścianach). Zachwyceni, nasyceni. Część wycieczki poszła w dalszą trasę – do EC4. A ja zostawię ją sobie na przyszły raz.

Dziękujemy organizatorom Fotofestiwalu za możliwość tego cudnego zwiedzania!:)

Dlaczego nie chcesz się bawić?

„Ludzie nie dlatego przestają się bawić, że się starzeją, lecz starzeją się, bo przestają się bawić.” – Mark Twain

Tę złotą myśl każdy zna i wszyscy podpisują się pod nią wszystkimi kończynami. Zwłaszcza nogami, tańczącymi na parkiecie, bo o to przecież chodzi, prawda?

Z czym kojarzyła nam się zabawa, zanim zaczęliśmy chodzić na miasto, zanim pierwszy raz napiliśmy się piwa?

Budowanie bazy z koców, wspaniałej twierdzy, gromadka lalek wystrojonych jak na wesele, policjanci i złodzieje biegający po podwórkach, wyścigi resoraków, wznoszenie wieży z klocków Lego, rysowanie, wyklejanie, lepienie z modeliny rzeźb tak skomplikowanych, jak na to tylko pozwalała dziecięca wyobraźnia i małe rączki, babki z piasku, huśtanie na huśtawce i absolutnie żadnych korzyści poza samą zabawą. Fajnie było, co?

Dziś rączki nie wyrabiają ludzików z kasztanów, tylko miętolą elektroniczne urządzenia, twoje nowe zabawki, teraz, kiedy dorosłeś. Żeby dobrze się bawić, trzeba mieć na to hajs. Bawisz się, śmigając dobrym samochodem, jedząc obiad w porządnej restauracji, wywijając w modnym lub undergroundowym klubie i robiąc zakupy w markowych sklepach. Taki to pożyje. Innym zawsze zostaje film na kompie albo nowy show w telewizji, żaden szał, ale na wyjścia nie ma kasy, więc musi wystarczyć. Odpalimy browary, będzie wesoło. Po alkoholu też można się nieźle bawić, Zbyszek ostatnio leżał w kałuży, ja pierniczę ale było grubo, byle do następnego razu, bo teraz mam przerąbane w domu, szkole, pracy.

Wszystko się zmieniło, zauważyłeś kiedy?

Wtedy tworzyliśmy, teraz konsumujemy. Wyobraźnia, jeśli w ogóle nam towarzyszy, została zaprzęgnięta do roboty, stała się narzędziem do pomnażania zysków. Ma przynieść jakąś korzyść, sprawić, że zabłyśniesz, inaczej to strata czasu, którego masz wiecznie za mało, a czas to pieniądz, nie można go trwonić na głupoty. W pierwszej lepszej księgarni znajdziesz dziesięć podręczników na temat, jak poprzez kreatywność wzmocnić swoją pozycję zawodową. Ewentualnie jak wykorzystać kreatywność do zabaw ze swoimi dziećmi. Ale to też niekoniecznie, bo od tego całego paćkania się farbami są dzieci, a nie ty. Ty jesteś dorosłą osobą. Masz ważniejsze rzeczy na głowie. Trochę jesteś przygnieciony i poszarzały, ale tak to już jest, życie to nie zabawa, życie jest ciężkie, a na koncie zawsze pustki.

Chyba wszyscy się zestarzeliśmy. Bo tak naprawdę już dawno przestaliśmy się bawić, prawda? Fantazja przeszła na emeryturę, ewentualnie awansowała na wysokie stanowisko i mamy z nią sporadyczny kontakt biznesowy. Porzuciliśmy radosną przyjemność niezobowiązującego tworzenia, bez uzyskania efektu wow, który zadziwi publiczność, ba, nawet bez konieczności ukończenia swojej pracy. Do tego krzywo patrzymy na tych, którzy marnują swój czas i energię dłubiąc w jakichś głupotach, z których nigdy grosza nie będą mieli. Po co jej te bębenki, zachciało jej się na stare lata zostać szamanką? A te paciorki? Rękodzieło na allegro będzie sprzedawać? Słabo to widzę, do pracy by się wzięła lepiej, może by wtedy do Egiptu dziecko zabrali, a nie znowu na tę działkę w lesie. Niepoważna osoba, nic dziwnego, że do niczego w życiu nie doszła, nie ma nawet samochodu.

Kiedy ostatnio bawiłeś się jak dziecko? Co lubiłeś tworzyć, kiedy byłeś mały? Dokąd zabierała Cię fantazja? Co, jeśli tamto dziecko jest wciąż w tobie i czeka, aż podrzucisz mu coś do zabawy? I co stoi na przeszkodzie, żebyś mu to dał? Coś na maksa głupiego, infantylnego i bezcelowego. Nie po to, żeby później gotowe dzieło sztuki wkleić na facebooka i zebrać milion lajków, tylko żeby po prostu mieć fun. I to taki, który nie wiąże się z wydawaniem pieniędzy ani przyjmowaniem rozweselaczy. Możesz być zaskoczony, może się nawet okazać, że nowe pomysły same zaczynają się kłębić w głowie, a świat jednak jest tak barwny i nieograniczony, jak wydawał się w dzieciństwie.

Ja jako dwunastolatka lubiłam na przykład grać na gitarze i śpiewać harcerskie piosenki. Później, w trakcie dorastania, porzuciłam to jako dziecinadę. Parę miesięcy temu wzięłam starą gitarę taty do ręki i to dziecko we mnie po prostu o mało nie sfajdało się w gacie ze szczęścia, dosłownie zaczęło piać z zachwytu. I pomyśleć, że przez tyle lat nawet nie przeszło mi przez myśl, żeby to zrobić. Może dlatego, że nie umiem ani grać, ani śpiewać. I co z tego?

Uwielbiałam też pisać – różne wierszyki, opowiadanka, scenariusze, pamiętniki, strumienie świadomości. I przysięgam, pisanie tych postów na nowym blogu sprawia mi taką dziką frajdę, że jak zaczęłam, tak teraz nie mogę i nie chcę przestać.

„A co dla Ciebie? Zapytaj siebie, siebie, siebie :)”

Dlaczego remont jest jak psychodeliczny trip?

Tytułem wstępu: oczywiście nie promuję żadnych nielegalnych substancji, mowa co najwyżej o takim tripie, jakiego doznajemy, hmm, oglądając obrazy Salvadora Dali. Poza tym nie biorę odpowiedzialności za żadne nastolatki wyskakujące przez okno.

Do rzeczy – dlaczego remont jest jak jazda na kwasie?

1. Kiedy się zacznie, nic już nie możesz poradzić
Po prostu się zaczął i pogadamy dopiero, kiedy się skończy. Wszystko, co zabarykadowałeś w pokoju, będzie już tam stało aż do zakończenia, w tym maszynka do przystrzygania brody, więc trudno, zostaniesz Rumcajsem. Czego nie schowałeś – weźmie udział w rewolucji, chyba, że w ostatniej chwili jeszcze szybko to wyniesiesz. Czy dobrze wszystko zabezpieczyłeś? Przekonasz się po zakończeniu. Najwyżej okaże się, że to straciłeś. Może nie było potrzebne.

2. Nigdy nie przewidzisz, dokąd cię zaprowadzi
Choćbyś miał wszystko perfekcyjnie zaplanowane, zawsze okaże się, że wylądujesz gdzie indziej, niż myślałeś. Niespodzianki mogą być powalające. Szczególnie w najostrzejszej fazie, czyli demolki. Wielka dziura w ścianie między kuchnią a łazienką? Żyrandol wiszący nie tam, gdzie się go spodziewałeś, z powodu pomyłki, która została podana dalej? Zawór od wody, którego nie da się zakręcić, bo CHYBA znajduje się w piwnicy u sąsiadki, która nie wpuszcza obcych? Nagła nowina, że nie ma pozwolenia na gazowy bojler, który wisi tam od trzydziestu lat i wypuszcza spaliny sąsiadowi do herbaty??? Każda kolejna sekunda okazuje się być ciekawsza od poprzedniej. Przypomina to testowanie nowej kolejki w grze Rollercoaster Tycoon (czy jakiejś tam innej, współczesnej grze o wesołych miasteczkach), kiedy nie mamy pojęcia o konstrukcji kolejek i na każdym zakręcie wszystkie wagoniki wypadają z toru. Pół biedy, jeśli jest obok pan fachowiec, który pomoże nam to jakoś poskładać z powrotem do kupy.

3. Druga połowa jest lżejsza od pierwszej
Początek wygląda nieźle, wydaje się, że jakoś to pójdzie. W pewnym momencie jednak wszystkiego robi się coraz więcej i narasta niespodziewany ciężar, które może sprawić, że nawet największy twardziel usiądzie na samym środku, w pyle i kurzu, i rozpłacze się jak dziecko. Przychodzi jednak i taka chwila, kiedy najtrudniejszy etap jest już za nami, a my mamy fun i możemy snuć swobodne fantazje w przyjaznym otoczeniu. Aktualnie pozostaję w oczekiwaniu na ten piękny moment.

4. Nie wiesz, ile będzie cię kosztować
Możesz co najwyżej to oszacować (najłatwiej robi się to, mnożąc pierwszy kosztorys razy dwa). Są też koszty ukryte, związane z tym, że każdy najlepiej wie, w jakiej kondycji jest jego głowa lub ile zniesie ściana między kuchnią a pokojem, ale później, kiedy wraz z fachowcem oglądamy pęknięcie od podłogi do sufitu i zastanawiamy się nad znalezieniem rozwiązania, sprawy nieco się komplikują. Cóż, zawsze jest to okazja do gruntownego przemodelowania całego mieszkania. Dowiesz się też w najdrobniejszych szczegółach wszystkiego na temat jego budowy. Tylko pamiętaj – jeżeli zostawisz tego chomika zamurowanego w ścianie i nic z nim nie zrobisz, to masz jak w banku, że temat powróci ze zdwojoną siłą w mało stosownym momencie. Możesz to ewentualnie wziąć na klatę.

5. Co się zaczęło, to się skończy
Żeby trwał nawet miliard lat, dobiegnie końca. Rozejrzysz się wokół i stwierdzisz, że to już naprawdę wszystko. Wizje wyprutych flaków, sterczących ze ścian, przejdą do historii i będziesz mógł latami opowiadać je znajomym w formie anegdoty. Będziesz mądrzejszy o to jedno mocarne doświadczenie. Wyciągniesz z niego filozoficzne wnioski, które ulepszą twoje życie. Każdemu, kto jeszcze tego nie przeszedł, będziesz życzył wiele szczęścia i mocnych nerwów, upomnisz go też, żeby zawczasu zaopatrzył się w coś do picia, wybrał odpowiedni moment i na czas trwania rozpierduchy ulokował się w bezpiecznym miejscu.

Krótko mówiąc: „Stary, nie wyobrażasz sobie, jakie to przeżycie! Upewnij się tylko, że masz mocną psychę, bo nie ma odwrotu. I przygotuj się dobrze, bo nie warto tego powtarzać więcej niż kilka razy w życiu”.

Przesyłam gwiezdne całusy z placu boju! Już całkowicie osiwiałam!

Wycieczka do tajnego muzeum

Na czas remontu zabunkrowaliśmy się z moim partnerem w mieszkaniu mojej mamy. Chata składa się z trzech pokoi, z których moja mama zajmuje jeden. Dwa pozostałe należały do mnie i mojego brata. Tu przeżywaliśmy rozterki burzliwego wieku dojrzewania, tu piłam z przyjaciółką szampana po zdanej maturze i rwałam sobie włosy z głowy po zerwaniu z sympatią. Pokój mego zacnego brata zachował się w dobrym stanie. Większość mebli powędrowała w dalszą drogę, a to, co zostało, można z powodzeniem zamknąć w zaszczytnym określeniu przytulnego pokoju gościnnego.
Natomiast mój pokój został zaadaptowany do roli muzeum.
Macie muzeum dawnych technologii i rodzinnej przeszłości w domu? Nie? Szkoda. A ja mam 🙂

SONY DSC

Zwiedzanie zaczynamy od prezentacji dwóch komputerów zamykanych na kluczyk. Nie jest łatwo je włączyć, tylko wtajemniczeni mogą dostąpić tego zaszczytu, przynajmniej tak długo, jak kluczyk nie znajduje się w zamku (czyli obecnie zaszczytu może dostąpić ten, kto chce i ma dostatecznie dużo czasu na czekanie, aż komputer się włączy). Monitor jest jeden, z tego, co pamiętam, obraz miał zwężający się w pionie, czyli u góry literki baardzo wysokie i czytelne, a u dołu takie trochę mniej. Dla chętnych w ciągu godziny od przekręcenia kluczyka nastąpi pokaz możliwości rozdzielczości rzędu 640×480 (powyżej tej rozdzielczości na monitorze zaczynają latać kolorowe paski na czarnym tle). Komputery są tu, ponieważ zostały ocalone z jakiejś pracowni. Już dawno rdzewiałyby na złomie, o chłodzie i głodzie, ale dzięki szybkiej akcji ratunkowej Kapitana Komputera mogą starzeć się spokojnie w zaciszu mojego dawnego pokoju.

SONY DSC

Te czerwone świąteczne rękawiczki wisiały tu jeszcze za mojej kadencji. Nikt nie wie, skąd się wzięły ani dokąd zmierzają. Legenda głosi, że kiedyś na świat przyjdzie dziecko, które włoży je na swe rączki i weźmie udział w bożonarodzeniowym przedstawieniu w przedszkolu (ani chybi będzie to moje dziecko, które w skandaliczny sposób zrujnuje cały spektakl zadając zbyt wiele pytań). Wesołe rękawiczki wiszą sobie i cierpliwie czekają na tę chwilę.

SONY DSC

Niniejszy eksponat – subwoofer Tonsil – zdobyłam ja. Był gratisowym dodatkiem do moich zakupionych na allegro zabytkowych Altusów, które odnowione od lat dzielnie mi służą. Ciekawostka: odkąd go mam, subwoofer nigdy nie był na chodzie. W środku jest i zawsze był zupełnie podarty, dudniący, pierdzący, zgrzytający i przedziurawiający bębenki uszne. Pełnił rolę trochę ozdoby, trochę ekstra lansu, a trochę stoliczka pod coś, co potrzebowało takowej podpórki. Pudło jest w porządku, głośniki po wymianie membran – nie wiem, może też. Chętnie opylę za półdarmo. To znaczy: Eksponat na sprzedaż.
Zdjęcie zawiera jeszcze jeden ciekawy element, przyjrzyjmy się bliżej…

SONY DSC

Tak!! To aparat Zorka 5. Za jego pomocą zrobiłam kilka zdjęć. Jak byłam mała. Niestety później okazało się, że nie było w nim kliszy. Dlatego nigdy nie zobaczyłam efektów mojej dziecięcej weny, a szkoda, może obecnie jeździłabym już po świecie pod szyldem National Geographic. Moi rodzice obecnie są na etapie odnajdywania poukrywanych po domu (np. na pawlaczu w łazience za klockami Lego) swoich zdjęć z okresu młodości. Z pewnością niejedno z nich zostało zrobione tym aparatem. Może sama powinnam zakupić kliszę i zabrać się do roboty, zamiast pyrgać foty tym wynalazkiem, tą lustrzanką cyfrową, urągającą sztuce fotografii.

SONY DSC

No, to jak się nazywała ta harcerska czapka? Rogatywka. Ta chyba akurat była noszona na czubku głowy mojego brata, nie mojej. Też taką miałam, szarą, chustę biało-niebieską, getry czarne, fancy uniform dwunastoletniej lolitki. I te wszystkie długie wieczory przy ognisku, i ci kilka lat starsi harcerze, co tak pięknie grali na gitarach, że aż człowiek drżał z ekscytacji, że da im się wpisać do złotych myśli.

SONY DSC

SONY DSC

Poza pojedynczymi eksponatami, do dyspozycji zwiedzających pozostaje pokaźnych rozmiarów historyczna biblioteczka w całości wypełniona książkami z epoki. Do wyboru: Gry komputerowe dla orłów, Nauka programowania w języku Basic (by the way, czy jeszcze gdziekolwiek tego uczą? Na informatyce w technikum albo gdziekolwiek? Czy ktoś wie jeszcze, co to znaczy GOTO 10?) i QBasic (czym to się różni?), a nawet Visual Basic, Internet dla opornych, Windows 3.1 PL, całe roczniki starych Chipów, w których odkrywaliśmy nowe technologie takie jak płyta CD-RW i nie tylko. Kiedyś wydawało się tego jeszcze więcej. Miałam wrażenie, że z książek na tych półkach mogę nauczyć się dowolnego języka programowania, a nawet rybołówstwa i garncarstwa, albo przynajmniej ich wersji z lat dziewięćdziesiątych. Ale jakoś się nie nauczyłam.

SONY DSC

Integralną częścią biblioteki jest jej tajna kancelaria. Kiedyś mieściła się w toalecie mojego dawnego mieszkania. To chyba najciekawsze, co można było zrobić z tą tabliczką. Obecnie za półką z książkami jest sekretne przejście, które ujawnia się po wysunięciu książki „Patrzeć i widzieć”. Tam znajduje się tajna kancelaria prezesa biblioteki. Ze swego wygodnego fotela kieruje on łódzką mafią, działającą na Starym Polesiu.

SONY DSC

Biblioteka posiada swoją kolekcję cyfrową. Na licznych płytach CD i dyskietkach 5″25′ możemy znaleźć wszystkie najważniejsze dzieła ludzkości. Na przykład opisane cyrylicą pirackie gry na komputery z procesorem 486, lub płytki dodawane do magazynów komputerowych z wersjami demo programów, których pełne wersje można ściągnąć w minutę z internetu. Właśnie ostatnio zastanawiam się, co zrobić z moją domową kolekcją płyt CD. Może dorobię się przyjmując zakłady, które z płyt działają i ile z nich zawiera coś, czego nie można ściągnąć w minutę z internetu. Takie czasy.

SONY DSC

Te stacje dysków prawdopodobnie też zostały ocalone z pogromu cywilizacyjnego. Teraz już zawsze będą mogły leżeć bezpiecznie i napawać się swoją bezstresową emeryturą. Może jeszcze od czasu do czasu jakaś elektroniczna myśl przemknie po krzemowych układach, jakieś wyblakłe wspomnienie czasów, kiedy ludzie marzyli o ich posiadaniu i chwalili sobie komfort ich użytkowania, a nowe dyskietki chętne do zabawy codziennie same ustawiały się w kolejce.

SONY DSC

Zapraszamy na pokaz audiowizualny. Na początek bierzemy płytę MR DANCE, czyli popularnego wokalisty Pawła Stasiaka wraz z zespołem, do wyboru kilka egzemplarzy tej samej płyty, i nastawiamy muzykę, najlepiej na gramofonie Bambino. Teraz możemy przejść do głównej atrakcji wieczoru. Wkładamy slajd do tego małego ustrojstwa przypominającego telewizorek i patrzymy pod światło. Oczom naszym powinien ukazać się fantasmagoryczny obraz, przedstawiający zadziwiającą przeszłość zamrożoną w full kolorze. Wygląda to niecodziennie, bo przywykliśmy do tego, że widujemy stare zdjęcia naszych rodziców wyłącznie w czerni i bieli. Tym razem można przekonać się, że drzewa w PRL-u też były zielone, niebo niebieskie, a włosy rude, że w przeszłości młodzi ludzie byli tak samo piękni jak obecnie, łódzki lunapark też wyglądał tak samo, tylko karuzele trochę mniej skrzypiały, a my oczywiście mamy całą galerię zdjęć na nocnikach, które wiele razy widzieli i komentowali wszyscy członkowie rodziny.

SONY DSC

Kącik muzyczny. Kolumny światowych marek, Sony i Tamax (firma mojego wujasa), do wyboru, do koloru. Gitara w wersji hard – dla prawdziwych wyjadaczy, ma tylko trzy struny i strasznie nie stroi. Środkowy eksponat to wieża Unitra. Ma nawet magnetofon kasetowy. Zdaje się, że zawdzięczam jej i tacie moje zamiłowanie do muzyki. Lampka wzmacniacza nieraz miganiem błagała o litość, gdy jako trzynastolatka sprawdzałam, jak bardzo da się podkręcić głośność, zanim cały soundsystem wyleci w powietrze.

SONY DSC

Istotnym elementem każdego szanującego się pokoju jest kalendarz. Nie jest dobrze, gdy nie znamy aktualnej daty. Na szczęście zespół pieśni i tańca „Mazowsze” śpieszy z podpowiedzią: jest maj 2012. Cała impreza zostałą zasponsorowana przez producenta wyposażenia medycznego „Balton”.

SONY DSC

Efekt jednej z moich pierwszych sesji zdjęciowych, zwiastujący mój ponadprzeciętny talent modelingowy. Moja melancholijna mina wskazuje zapewne, że za wszelką cenę staram się być grzeczna, bo na wszystkich innych zdjęciach z tego okresu jestem cała powykrzywiana, zapłakana, zbuntowana i protestująca. Zostało mi to na zawsze:) Zdjęcie kontemplują z widowni zajączek, owieczka i piszcząca żabka. Brakuje Misia Uszatka i Pingwinka Pik-Poka, ale poszli na spacer.

SONY DSC

Nie do wiary, co może się znaleźć na szafie. To na dole to oczywiście odtwarzacz video, chyba niezbyt na chodzie, a już z całą pewnością nie ma do niego co wsadzić. Tym bardziej, że wszystko co ciekawe jest od dawna zripowane. Ale to po lewej? Jakiś międzygalaktyczny dziurkacz? Nawet handlarz starzyzną na rynku na Dolnej by się zasępił. Głośniczki do komputera i zardzewiały reflektor są nieodłącznym elementem wystawy. Po namyśle przyznaję trzy gwiazdki i kategorię „Skąd to się tu wzięło?”

SONY DSC

Świnka skarbonka ma dla siebie całą półeczkę. To dobrze, bo jest bardzo ciężka, ma w sobie chyba kilka kilo miedzianych monet, głównie jednogroszówek. Postanowiłam je kiedyś kumulować w jej wnętrzu. Nie wiem, co miałam na myśli, bo przecież teraz nawet, jak ją rozbiję, to będę mogła co najwyżej je wysłać w formie nieśmiesznego żarciku jakiemuś znajomemu, któremu wiszę 10 złotych. I jak na złość żadnego takiego znajomego sobie nie przypominam. Pozostaje mieć nadzieję, że już niedługo 1 grosz zostanie wycofany, a za dwieście lat zawartość świnki nabierze zawrotnej wartości muzealnej.

SONY DSC

Sądząc po zdjęciach można by sobie wyobrażać, że mówimy co najmniej o pokoju wielkości królewskiego apartamentu. Wcale nie. Pokój ma 11 metrów kwadratowych i stopień jego kompresji sięga zenitu. Nawet Winrar nie dałby rady tak dobrze spakować jego zawartości. Ironia losu, że to właśnie rzucony na łóżko pokrowiec na aparat robi w tym wnętrzu za bałagan.

I to już wszystko. Zwiedzajcie z nami! Bałuty-Tour życzy szerokiej drogi i zaprasza ponownie.

Hello world!

Gdybym dostawała dolara za każdym razem, kiedy piszę pierwszą notkę na nowym blogu… z pewnością miałabym już bardzo wiele dolarów. Ale póki co nie mam ani jednego. Widziałam kiedyś dolary w telewizji, są duże, tak jak wszystko w Ameryce, i poza tą jakże cenną informacją nie mam nic do dodania w temacie.

Mam na imię Dorota i mam trudność z pisaniem na własny temat, ale potrafię mądrzyć się całkiem znośnie na tematy inne niż własny, więc od tego zacznę.

CIEKAWOSTKA: Ten wpis nie ma wcale trzech lat. Piszę go dzisiaj, 18 kwietnia 2014.

Nie pytajcie, jak to zrobiłam 🙂