Łódź Festiwalowa #2: Fotofestiwal

Jaram się, bo właśnie w końcu po miesiącach dylematów zdecydowałam się kupić bilet na Polskiego Busa. Jedziemy na weekend do Berlina pod koniec sierpnia! I to na couchsurfing, jak dobrze pójdzie (jak źle, to już stamtąd nie wrócimy). Zapachniało przygodą. Zainwestowałam w to kosmiczną kwotę 90 zł za przejazd w obie strony. A tymczasem pora zamieścić drugą część opisu ubiegłego weekendu, bo kolejny już za pasem.

Odkąd usłyszałam o łódzkim Fotofestiwalu, od razu wiedziałam, że zawitam. Pisałam już zresztą o tym w poprzedniej notce, a więc do rzeczy.

Zaczęliśmy w piątek od pokazu zdjęć „Brooklyńska noc fotografii” w lokalu o nazwie Lokal, a raczej w podwórku przed nim. Zdjęcia jak można było się spodziewać świetne, a towarzysząca im muzyka jeszcze bardziej. Nowy Jork jest dość wysoko na liście miejsc, które chciałabym odwiedzić. Fajnie się ogląda prace autorstwa ludzi, którzy tam mieszkają na codzień, znają to miasto od podszewki i potrafią pokazać, jak je widzą swoimi oczami. Każdy widzi co innego. Ja też na przykład jak patrzę na takie Bałuty to widzę potencjał, a inni widzą psie kupy na chodnikach. I wszyscy mamy rację.
Nie byłam jeszcze w Lokalu i zarówno on, jak i jego otoczenie, wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Choć też nie było go za dobrze widać spod chmar ludzi, którzy nawiedzili to miejsce. Była też wystawa zdjęć w środku, ale tłumy już zupełnie utrudniły mi oglądanie. Mam zamiar jeszcze specjalnie przejść się po festiwalowych galeriach po mieście, kiedy będzie większy luz. Później zaczął się koncert rockowy, na pewno był bardzo udany, ale my się zmyliśmy już na samym początku, żeby nas nie podkusiło stanąć w godzinnej kolejce po następne piwo.

W sobotę wybraliśmy się do nieczynnych zakładów Polmosu, po których obiecywaliśmy sobie urbeksowych smakowitości. Srodze się jednak przeliczyliśmy, bo już na wejściu okazało się, że otwarty jest tylko zewnętrzny teren, a ten wygląda zupełnie jak na Offie, Wimie i we wszelkiego typu starych pofabrycznych kompleksach, tylko że jest pusty. Bardzo ładny zresztą, mają go ponoć rewitalizować i urządzać tu kolejne centrum kultury hipsterskiej, co jest zawsze dobrą opcją.

IMG_0438
Niestety nastawieni byliśmy na zakurzone wnętrza, a dostaliśmy same elewacje, i nawet nigdzie nie można było się wspiąć, bo pan ochroniarz odpędzał. Jasne, względy bezpieczeństwa, umowa z właścicielem obiektu, kumam, ale co szkodziło chociaż otworzyć drzwi i postawić barierkę, żeby ludzie mogli zobaczyć, jak te zakłady wyglądały w środku?

IMG_0388

Mnie się udało zajrzeć przez okno. To najlepsze, co widziałam podczas tej wycieczki.

Wokół chodziło pełno fotografów robiących z bliska zdjęcia złuszczonej farby niczym rzeczoznawcy sądowi. Nie wątpię, że komuś udało się uczynić ten teren bardziej fotogenicznym. My jednak poddaliśmy się i …

IMG_0397
…zaczęliśmy wzajemnie robić sobie zdjęcia na tle murów, bo do tego się to miejsce najbardziej nadawało. Idealne pod sesję ślubną, ewentualnie mroczny gotyk w podartych pończochach, klimat rodem z opuszczonego szpitala psychiatrycznego itd.

IMG_0413

To akurat sprawiało nam całkiem sporą frajdę 🙂

IMG_0407

IMG_0423

IMG_0439
Ogólnie zobaczymy, co tam będzie, jak to rozkręcą pod nową nazwą Monopolis. Póki co, były tam organizowane różne wydarzenia fotofestiwalowe. Na przykład wystawa fotografii artysty o nazwisku Brian Griffin (czy kogoś Wam to nazwisko nie przypomina? Bo mnie tak. Uwielbiam Family Guy’a:)).

IMG_0449
Drugiego dnia już baliśmy się cokolwiek sobie obiecywać, żeby się nie rozczarować, bo braliśmy pod uwagę, że będziemy oglądać elewację elektrowni z zewnątrz. Szybko jednak okazało się, że tym razem będziemy włazić wszędzie, gdzie się da. Wszyscy dostaliśmy siatki na włosy, kaski i jaskrawopomarańczowe kamizelki, a jedna pani dostała zdziwko, bo została cofnięta spod samego wejścia z powodu nieprzepisowych butów.

IMG_0446

Teraz będę się musiała bardzo starać, żeby nie wkleić 50 zdjęć. Wszystkie mi się podobają. Pstrykałam je jak oszalała. Dziecko we mnie dostawało spazmów ze szczęścia. Nie wiem, jak inni, ale ja naprawdę zawsze strasznie chciałam wejść do elektrociepłowni i w końcu weszłam, a do tego jeszcze z aparatem! To tak, jakbym mogła ją trochę zabrać ze sobą do domu.

IMG_0466

Na początku zaprowadzili nas do miejsca, gdzie było strasznie dużo wielkich kotłów w różnych kolorach. Miły pan kierownik z wąsem mówił, jak się te pomieszczenia nazywają, chociaż nie wtajemniczał nas w dokładne mechanizmy działania urządzeń, pewnie na wypadek, gdyby okazało się, że ja i Wojna jesteśmy szpiegami. Wszystko było pod ciśnieniem, wydawało z siebie syczące odgłosy i od razu dostałam nóg z waty. Może to taki mój fetysz.

IMG_0475

Później znaleźliśmy się w komnacie Wielkiego Elektronika. W tym pomieszczeniu rodem ze statku kosmicznego znajduje się panel sterowania, służący do rządzenia całym miastem. A przynajmniej tej jego części, którą EC2 zaopatruje w prąd i ogrzewanie. Wszędzie było pełno małych pstryczków i niczego nie można było dotykać, choć korciło mnie, by podejść i jednym ruchem palca odłączyć prąd na całej alei Politechniki. Ciekawe, kiedy by znowu zrobili fotospacer po elektrociepłowni.

IMG_0489

Rejestrator zakłóceń, to tutaj widać, kiedy następuje zakłócenie na sekundę przed tym, jak cała elektrownia ma wylecieć w powietrze. Oczywiście tak naprawdę nie wiem, co to jest za rejestrator, pewnie pokazuje, kiedy jakaś baba ma zepsute gniazdko i wywala przez nią korki w bloku, ale wygląda fajnie i do tego jak się dobrze przyjrzeć, to jest to trochę selfie.

A później zaczęło się najlepsze.

IMG_0496

Przeszliśmy stamtąd do wielkiej hali, gdzie było strasznie gorąco, duszno i głośno. Na środku stały ogromne huczące maszyny. Wszędzie ziały przepaście, dziury w podłogach ułożonych z jakichś metalowych płyt i krat, które wyglądały, jakby były strasznie stare i sfatygowane. Takie w istocie były, elektrociepłownia ta jest przestarzała i w przyszłym roku mają ją wyłączyć. Działające urządzenia wyjadą do innych obiektów, a sam budynek.. nie wiadomo, co się z nim stanie. Krążyłam tam przerażona i wzruszona. To wszystko było oszałamiająco piekne. Skomplikowane, potężne, zaprzęgnięte do ciężkiej pracy dla człowieka. Energia okiełznana. Iście alchemiczne, czarodziejskie miejsce. Było mi szkoda tego przemijania, tego, że te wspaniałe maszyny tyle czasu działały, tyle siły wytworzyły, a niedługo zostaną wyłączone, niektóre z nich na zawsze. Jak w wielu miejscach podkreślam i będę to robić, nie jestem zagorzałą miłośniczką cywilizacji, a jednak industrialne widoki zawsze wywoływać będą u mnie gęsią skórkę.

IMG_0500

IMG_0512

IMG_0529

Weszliśmy też do hali obok, składającej się przede wszystkim z wielkich dziur po kotłach, które już wyjechały, i spektakularnej instalacji porastającej całą ścianę. Przypomniała mi się taka przygodówka z lat 90tych, której nikt poza mną nie pamięta – „Beneath a steel sky”. Maszyny zrastające się z biologicznymi żywymi organizmami, oddychające rury, maszyna-półcyborg oplatająca podziemia całego miasta. Kurczę, ale mi się przypomniało, może jest walkthrough na youtube („Babciu, czy widziałaś walkthrough na youtube tej gry o półcyborgach?” Ciekawe, jakim językiem będą się porozumiewały moje wnuki).

IMG_0532

Ludzie, którzy chodzą po tych schodach muszą mieć nerwy ze stali, ciekawe, ile trwa przyzwyczajenie się do tego typu atrakcji. Ja bym chyba raczej się tam wczołgiwała, albo wręcz wczołgałabym się na górę, a na dół trzeba by mnie zdejmować dźwigiem.

IMG_0526

Stopień skomplikowania tego obiektu jest po prostu porażający. Wszędzie są jakieś małe rurki, grube rurzyska, przełączniki, kotły i kociołki, tajemnicze zaworki i sapiące kolosalne machiny, a wszystko do czegoś służy, jest na swoim miejscu i nie można się bez tego obejść.

IMG_0540

To już na dworze, dopiero po wyjściu stamtąd uświadomiliśmy sobie, jak tam było gorąco. Upał panujący na zewnątrz był jak miły zefirek.

IMG_0550

Na deser weszliśmy do tego grubego komina, który mijamy, jadąc al. Politechniki. Okazało się, że to wcale nie komin, tylko chłodnia. Dla ochrony przed zagrażającymi bakteriami (które dziś mnie na pewno zaatakowały, bo mam jakąś wysypkę) dostaliśmy dodatkowe maski z filtrem węglowym, przez co wszystko zyskało jeszcze bardziej surrealistyczny feeling. Jeżeli ktoś nie wie dlaczego, niech sobie obłoży całą głowę różnymi ochronnymi maskami i kaskami i spróbuje tak wejść w jakieś malutkie drzwiczki, a następnie po stromiutkich schodeczkach, a wszędzie dookoła lejąca się, hucząca woda, i w pewnym momencie widzisz, że jesteś pośrodku takiego trochę ujarzmionego krytego jeziora, wszędzie wokół widzisz coś, co nie przypomina nic ci znanego i ledwo możesz oddychać przez tę całą maskę. Wrażenie było takie, że gdyby ten komin się oderwał od kontynentu i podryfował na Biegun Północny, to nawet by mnie to aż tak nie zdziwiło.

IMG_0548

IMG_0563

IMG_0569

Ostatnie spojrzenie na budowlę, z której wnętrza właśnie wyszliśmy.
I do domu! (A raczej do lasu, bo był piękny dzień i trzeba by upaść na głowę, żeby przesiedzieć go w czterech ścianach). Zachwyceni, nasyceni. Część wycieczki poszła w dalszą trasę – do EC4. A ja zostawię ją sobie na przyszły raz.

Dziękujemy organizatorom Fotofestiwalu za możliwość tego cudnego zwiedzania!:)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s