Łódź Festiwalowa #1: Łódź Czterech Kultur

Miniony weekend obfitował w atrakcje kulturalne jak mało który. Organizatorzy festiwali wszelakiego rodzaju postanowili się zmówić i wybrać ten sam termin. Z tego, co do mnie dotarło, do wyboru był: Festiwal Animacji, Fotofestiwal, Łódź Czterech Kultur, Street Food Festiwal, Festiwal Festiwali i Festiwal Festiwali Festiwali (Jak napisać słowo bardzo wiele razy, to traci swoje znaczenie i zaczyna wyglądać nienaturalnie). Miało to zalety dla kogoś, kto akurat postanowił specjalnie przyjechać do Łodzi, ale też przez to, że wszystko ze wszystkim się pokrywało, a jeszcze trzeba było kiedyś zjeść obiad i oddać się relaksowi, sporo dobrego mnie ominęło, za to przez resztę letnich weekendów pewnie będę się ciężko zastanawiać, co ze sobą zrobić. (Chyba, że to dopiero początek. Na przykład za tydzień jest Festiwal Kolorów).

Mój wybór padł na Festiwal Łódź Czterech Kultur, oferujący sporo darmowych i całkiem atrakcyjnych występów artystycznych, i na Fotofestiwal, gdzie szczególnie skusiły mnie fotospacery. W programie zwiedzanie starych Zakładów Przemysłu Wódczanego „Polmos” na Wydawniczej, a także, uwaga, łódzkich elektrociepłowni!! Jako miłośniczka industrialnych krajobrazów, ciężkiej maszynerii i stref podwyższonego zagrożenia nie mogłam tego przepuścić, tym bardziej, że od dziecka chciałam tam wejść. Dziwne marzenia jak na dziecko, ale gdy dodać, że to dziecko pochodzi z miasta włókniarzy i jednym z jego pierwszych wspomnień jest widok na starą fabrykę na Zarzewskiej, to wszystko staje się jasne.

W pierwszej kolejności opiszę, jak się ukulturalniłam na Czterech Kulturach, a w drugiej części będzie dużo industrialnych zdjęć do oglądania. Ponieważ z całej gamy atrakcji przeważnie moją uwagę przykuwa to, co prezentuje się najdziwniej i najbardziej nieprzewidywalnie, postanowiliśmy z Wojną (mamy wzajemny zaszczyt dzielić ze sobą życie) zobaczyć Cyrk Czterech Kultur, w szczególności rosyjski niemy teatr clownów Licedei. Na dzień dobry kilka razy zapytano nas w różnych punktach na wejściu, czy jesteśmy rodziną lub znajomymi, a gdy okazało się, że tak tylko przyszliśmy sobie popatrzeć, wszyscy okazywali zdziwienie. Czyją rodziną miałabym być? Rosyjskich clownów? Aż spojrzałam w lusterko, czy nie mam rosyjskiego typu urody, ale nie. Polecono nam, by usiąść w tylnych rzędach, ale ponieważ publiczność stanowiąca krewnych i znajomych… jak się okazało niepełnosprawnych dzieci występujących wraz z artystami na scenie, zajmowała najwyżej połowę sali, a reszta była raczej niezasiedlona, pozwoliliśmy sobie usiąść w rzędzie środkowym. Na szczęście nie przegonił nas stamtąd żaden ruski arystokrata. Wstęp jest taki przydługi, bo i na start przedstawienia trochę trzeba było poczekać, ale w końcu się udało. Jak było? Cóż, dawno nie widziałam występu clownów, ale ten wyglądał naprawdę nietypowo. Na pewno bardzo kolorowo. I w pewien sposób nieziemsko. Czasem zabawnie w niewymuszony, cyrkowy i bezczelny sposób, czasem ładnie, delikatnie i baśniowo, czasem chaotycznie, hałaśliwie i niezrozumiale, gdy na scenie nagle robiło się tłoczno, każdy robił co innego, a wszystko naraz i z osobna nie miało cienia sensu. Wyszliśmy zadowoleni i dość zmęczeni. Na pewno nie można powiedzieć, że występ był krótki albo pozostawiał niedosyt.

Drugiego dnia pokusiliśmy się o wizytę na Rewolucji 29, gdzie w podwórku kamienicy miał się odbyć jednorazowy eksces artystyczny „Lament Łódzki” z udziałem studentów wydziału aktorskiego łódzkiej Szkoły Filmowej. Tam również trzeba było trochę poczekać na rozpoczęcie, a to dlatego, że pod bramą stało chyba ze sto osób, a wpuszczano strumyczkiem po dwie, trzy osoby od czasu do czasu i nikt nie rozumiał, dlaczego. Dobrze, że udało się wbić tak blisko wejścia, bo inaczej moglibyśmy zostać odprawieni z kwitkiem. Gdy w końcu brama otwarła się szerzej i weszliśmy jako jedni z pierwszych przedstawicieli plebsu, okazało się, że całe podwórko jest już zadźgane vipami, czyli krewnymi i znajomymi, którzy zajęli każde wolne miejsce siedzące. Absolutnie mi to nie przeszkadzało, bo jako była harcerka wszędzie noszę ze sobą kraciasty koc, który niewiele myśląc wyciągnęłam z plecaka i zrobiłam sobie miejsce siedzące na ziemi. Ludzie obsiedli nie tylko wolne skrawki spękanego betonu wokół mnie, ale też dachy i klatki schodowe. Tylko przejście po prawej stronie tłumu musiało pozostać wolne, o czym dowiedzieliśmy się wiele razy, ponieważ mniej więcej co minutę ktoś był stamtąd przeganiany:)

A spektakl? Fantastyczny, wciąż do niego wracamy z Wojną i przerzucamy się cytatami. Przede wszystkim mega pomysł. Całą treść merytoryczną stanowiły wypowiedzi internautów znalezione w anonimowej przestrzeni wirtualnej, gdzie jak wiadomo każdy pisze, co mu ślina na język przyniesie i wszystko jest jednocześnie autentyczne i bezwartościowe. Teraz zostało to ucieleśnione, przeniesione w walące się, pachnące stęchlizną, obdarte podwórze częściowo opuszczonej kamienicy, oświetlone i nagłośnione tak, że przypominało wielki, surrealistyczny teatr. Myślę, że aktorzy dali sobie radę z interpretacją internetowych mądrości wręcz śpiewająco. Dosłownie, bo sporo śpiewali, darli też ryja, przeklinali i tańczyli w rytmie wiejskiego techno, co akurat jest trochę niesprawiedliwe, bo w Łodzi techno zawsze było dobre. Reszta była prawdziwa do bólu i trafiona w sedno. Łodzianie z upodobaniem srają we własnym domu. Strzygą się w Tesco na Widzewie, kupują w Biedronce, nawet zarabiając osiemnaście tysięcy miesięcznie. Można tego wszystkiego dowiedzieć się z forum Gazety, ale też z własnych obserwacji. Natomiast czy wszyscy? Fora internetowe typu Gazeta czy Kafeteria to kwintesencja polskiej napinki, siedlisko sfrustrowanych kur domowych i wszechwiedzących wujków dobra rada, ale w moim środowisku chyba nie ma ani jednej osoby, która by tam namiętnie przesiadywała (Jest? Dajcie mi znać, to wywalę ją ze znajomych, hłę hłę), chyba, że dla beki i dla zadziwienia się, że ktoś naprawdę tak napisał. Część z wypowiedzi na forach to przecież także trolling, czyste prowo, służące temu, by podniósł się kurz i pierze rozhisteryzowanych kur i kogutów. Nic z tego nie dzieje się naprawdę. Czy zatkało kakao? Nie, za długo już siedzę w internecie i zbyt wiele osobliwości w nim widziałam, nawet więcej, niż bym chciała. Natomiast to chyba najciekawszy spektakl, jaki obejrzałam w ostatnim czasie. Bezceremonialny, narysowany grubą kreską i chwytający za serce, nawet, jeśli nieco przeciągnięty. Kocham moje miasto i ten jego surowy klimat. Mimo wąwozu Zdanowskiej i tragicznego wizerunku, który sami sobie stworzyliśmy. Mam nadzieję, że młode pokolenie, które siedzi na rampie na Offie, a nie na forum Onetu, trochę go podkoloruje w przyszłości. Póki co, dobrze, że coś się dzieje, że ktoś coś robi, że nie jesteśmy skazani na wieki wieków na tandetę i chodzenie po linii najmniejszego oporu.

Łódź Czterech Kultur odbędzie się także w nadchodzący weekend, ale z tego, co wiem, nie będzie mnie w mieście. Nawet najbardziej zakochana w Łodzi mieszczka musi czasem od niej odpocząć:)

Natomiast o Fotofestiwalu i zapierającej dech w piersiach EC2 opowiem następnym razem, czyli niedługo.

Stay tuned, keep calm & have fun!

Dlaczego nie chcesz się bawić?

„Ludzie nie dlatego przestają się bawić, że się starzeją, lecz starzeją się, bo przestają się bawić.” – Mark Twain

Tę złotą myśl każdy zna i wszyscy podpisują się pod nią wszystkimi kończynami. Zwłaszcza nogami, tańczącymi na parkiecie, bo o to przecież chodzi, prawda?

Z czym kojarzyła nam się zabawa, zanim zaczęliśmy chodzić na miasto, zanim pierwszy raz napiliśmy się piwa?

Budowanie bazy z koców, wspaniałej twierdzy, gromadka lalek wystrojonych jak na wesele, policjanci i złodzieje biegający po podwórkach, wyścigi resoraków, wznoszenie wieży z klocków Lego, rysowanie, wyklejanie, lepienie z modeliny rzeźb tak skomplikowanych, jak na to tylko pozwalała dziecięca wyobraźnia i małe rączki, babki z piasku, huśtanie na huśtawce i absolutnie żadnych korzyści poza samą zabawą. Fajnie było, co?

Dziś rączki nie wyrabiają ludzików z kasztanów, tylko miętolą elektroniczne urządzenia, twoje nowe zabawki, teraz, kiedy dorosłeś. Żeby dobrze się bawić, trzeba mieć na to hajs. Bawisz się, śmigając dobrym samochodem, jedząc obiad w porządnej restauracji, wywijając w modnym lub undergroundowym klubie i robiąc zakupy w markowych sklepach. Taki to pożyje. Innym zawsze zostaje film na kompie albo nowy show w telewizji, żaden szał, ale na wyjścia nie ma kasy, więc musi wystarczyć. Odpalimy browary, będzie wesoło. Po alkoholu też można się nieźle bawić, Zbyszek ostatnio leżał w kałuży, ja pierniczę ale było grubo, byle do następnego razu, bo teraz mam przerąbane w domu, szkole, pracy.

Wszystko się zmieniło, zauważyłeś kiedy?

Wtedy tworzyliśmy, teraz konsumujemy. Wyobraźnia, jeśli w ogóle nam towarzyszy, została zaprzęgnięta do roboty, stała się narzędziem do pomnażania zysków. Ma przynieść jakąś korzyść, sprawić, że zabłyśniesz, inaczej to strata czasu, którego masz wiecznie za mało, a czas to pieniądz, nie można go trwonić na głupoty. W pierwszej lepszej księgarni znajdziesz dziesięć podręczników na temat, jak poprzez kreatywność wzmocnić swoją pozycję zawodową. Ewentualnie jak wykorzystać kreatywność do zabaw ze swoimi dziećmi. Ale to też niekoniecznie, bo od tego całego paćkania się farbami są dzieci, a nie ty. Ty jesteś dorosłą osobą. Masz ważniejsze rzeczy na głowie. Trochę jesteś przygnieciony i poszarzały, ale tak to już jest, życie to nie zabawa, życie jest ciężkie, a na koncie zawsze pustki.

Chyba wszyscy się zestarzeliśmy. Bo tak naprawdę już dawno przestaliśmy się bawić, prawda? Fantazja przeszła na emeryturę, ewentualnie awansowała na wysokie stanowisko i mamy z nią sporadyczny kontakt biznesowy. Porzuciliśmy radosną przyjemność niezobowiązującego tworzenia, bez uzyskania efektu wow, który zadziwi publiczność, ba, nawet bez konieczności ukończenia swojej pracy. Do tego krzywo patrzymy na tych, którzy marnują swój czas i energię dłubiąc w jakichś głupotach, z których nigdy grosza nie będą mieli. Po co jej te bębenki, zachciało jej się na stare lata zostać szamanką? A te paciorki? Rękodzieło na allegro będzie sprzedawać? Słabo to widzę, do pracy by się wzięła lepiej, może by wtedy do Egiptu dziecko zabrali, a nie znowu na tę działkę w lesie. Niepoważna osoba, nic dziwnego, że do niczego w życiu nie doszła, nie ma nawet samochodu.

Kiedy ostatnio bawiłeś się jak dziecko? Co lubiłeś tworzyć, kiedy byłeś mały? Dokąd zabierała Cię fantazja? Co, jeśli tamto dziecko jest wciąż w tobie i czeka, aż podrzucisz mu coś do zabawy? I co stoi na przeszkodzie, żebyś mu to dał? Coś na maksa głupiego, infantylnego i bezcelowego. Nie po to, żeby później gotowe dzieło sztuki wkleić na facebooka i zebrać milion lajków, tylko żeby po prostu mieć fun. I to taki, który nie wiąże się z wydawaniem pieniędzy ani przyjmowaniem rozweselaczy. Możesz być zaskoczony, może się nawet okazać, że nowe pomysły same zaczynają się kłębić w głowie, a świat jednak jest tak barwny i nieograniczony, jak wydawał się w dzieciństwie.

Ja jako dwunastolatka lubiłam na przykład grać na gitarze i śpiewać harcerskie piosenki. Później, w trakcie dorastania, porzuciłam to jako dziecinadę. Parę miesięcy temu wzięłam starą gitarę taty do ręki i to dziecko we mnie po prostu o mało nie sfajdało się w gacie ze szczęścia, dosłownie zaczęło piać z zachwytu. I pomyśleć, że przez tyle lat nawet nie przeszło mi przez myśl, żeby to zrobić. Może dlatego, że nie umiem ani grać, ani śpiewać. I co z tego?

Uwielbiałam też pisać – różne wierszyki, opowiadanka, scenariusze, pamiętniki, strumienie świadomości. I przysięgam, pisanie tych postów na nowym blogu sprawia mi taką dziką frajdę, że jak zaczęłam, tak teraz nie mogę i nie chcę przestać.

„A co dla Ciebie? Zapytaj siebie, siebie, siebie :)”

Jak interpretować sny?

Tytuł dziś mocno ezoteryczny, prawda? Słowo „ezoteryka” kojarzy mi się z całym tym tałatajstwem, które powstało jako alternatywa do oficjalnie nam panujących mitologii i jest równie nierealistyczne, zakładające, że spraw niefizycznych z założenia nie można spójnie i klarownie wyjaśnić i im więcej tam zamętu, bełkotania zaklęć i wymachiwania rękami, tym wszystko lepiej wygląda. Robi też tak naprawdę wszelkim sprawom duchowym fatalny PR. Na fejsie jest pełno różnych warsztatów uzdrawiania słonecznym dotykiem i tak dalej. Później ludzie myślą, że moje praktykowanie jogi to coś jak przywoływanie złych duchów i że prawdopodobnie przyciągam do siebie metalowe przedmioty, a sny to tajemnica, której rąbka może dla nas uchylić tylko doświadczona wróżka, okadzając nas uprzednio kadzidłem i śpiewając nieswoim głosem.

Cywilizowani, mocno stojący na ziemi realiści są w drugiej skrajności i uważają, że sny są po nic, że to taki gigantyczny śmietnik, na który trafia miks przeżutych i wyplutych drugą stroną zdarzeń z ostatnich dni. Jeśli jednak przyjrzeć się naszej fizjologii, okazałoby się, że wszystko, w co ewolucja raczyła nas wyposażyć, jest po coś lub przynajmniej było po coś w przeszłości. Na moją logikę, gdyby sny do niczego nie służyły, to byśmy po prostu ich nie mieli. Tymczasem nie dość, że je mamy, to jeszcze nie możemy się bez nich obejść (ludzie, którym w ramach eksperymentu nie pozwalano wejść w fazę marzeń sennych, nie mogli wypocząć, a w dodatku po kolejnym zaśnięciu od razu wchodzili w tę fazę, co zalatuje desperacją organizmu, by udało się choć trochę w niej pobyć). A więc ten metafizyczny rzyg podświadomości może być do czegoś potrzebny.

Do czego? Huna – zbiór szamańskich praktyk hawajskich, w których zawarta wiedza dziwnym trafem zbieżna jest zarówno z zachodnimi szkołami psychologii, jak i wschodnimi filozofiami, i zasadniczo trzyma się kupy (a ja bardzo to doceniam:)) – mówi na przykład, że poza odreagowaniem sny mają też na celu porozumiewanie się naszej podświadomości ze świadomością. Jest to rodzaj komunikatu od nas do nas. Dowiedziawszy się o tym, mamy oczywiście wybór: osrać to i zająć się czymś, czym zwykle zajmują się poważni ludzie, albo choćby z czystej ciekawości zgłębić temat.

Przede wszystkim żeby zinterpretować sen, trzeba najpierw go pamiętać. Często mamy wrażenie, że nic nam się nie śniło, szczególnie, kiedy prowadzimy na jawie zabiegany tryb życia i od razu po otwarciu oczu zostajemy wessani w wir aktywności. Faktycznie jednak śnimy codziennie, noc w noc, i to po kilka razy. Jeżeli mamy takie życzenie, to możemy trenować zapamiętywanie snów, po prostu spędzając chwilę po otwarciu oczu na przypominaniu sobie i koniecznie zapisywaniu tego, co udało się odtworzyć. W podstawówce i liceum prowadziłyśmy z koleżankami specjalne zeszyty snów w ramach rozrywki. Początkowo niewiele z tego wychodzi, ale z czasem wspomnienia stają się coraz dłuższe i bardziej wyraziste. Można nawet wyćwiczyć się w świadomym śnieniu, a to jest już jazda na maksa, ale o tym może kiedy indziej.

Załóżmy zatem, że mamy już zapisany sen, zapamiętaliśmy go w pełnej krasie, jesteśmy wstrząśnięci, ponieważ przeżycia z ostatniej nocy wgniotły nas w ziemię, scenariusz tego snu nadaje się na film science-fiction, a jednocześnie nie kumamy o co w nim biega, i co teraz?

Senniki różnego rodzaju oczywiście są do niczego. Skąd moja podświadomość ma wiedzieć, co jest napisane w jakiejś książce? Wie tyle, co sama się dowie, dlatego jeśli chcemy, żeby konkretne symbole działały, to wypadałoby najpierw jej taki sennik przeczytać. Wtedy jest szansa, że sennik zadziała i pewnie tak właśnie powinno się go używać, jeśli już chcemy się w to bawić. Inaczej głowa będzie nam serwować symbole prywatne, jakie sama uzna za stosowne. To nie jest wcale takie głupie, bo nie są potrzebne żadne dekodery w rodzaju tajemnych senników wróżki Matyldy. Trzeba tylko usiąść i pozastanawiać się, co autor – czyli Ty – miał na myśli. Pomaga w tym na przykład:

  • Przeżycie tego snu jeszcze raz. Przypomnij sobie, chwila po chwili, jak się czułeś. Opisuj najdrobniejsze szczegóły i emocje, jakie temu towarzyszyły. Czy to, co się pojawiło było przyjemne czy nie? Co było najważniejsze? Do czego było to podobne? Popuść wodzy wyobraźni. Sny to dość poetycki twór, co z tego, że jesteśmy odpowiedzialnymi ludźmi na wysokich stanowiskach i tak dalej? Jesteśmy też po prostu ludźmi – a ludzie marzą. I sennie, i na jawie.
  • Pogadanie z kimś. Możesz o tym opowiedzieć jakiemuś dobremu znajomemu – pomoże ci to poukładać sobie w głowie, poza tym ktoś, kto jest w temacie, może zauważyć odniesienia do twojego życia, którego ty nie widzisz, bo stoisz za blisko.
  • Porównanie z poprzednimi snami. Zdarza się, że podświadomość dzień w dzień nadaje ten sam komunikat w zmienionej wersji. Dzieje się tak zwłaszcza, kiedy sprawa jest paląca i jest ważne, żeby informacja do nas dotarła, więc jeśli nagle atakuje nas seria dziwnych snów, to warto przemyśleć je wszystkie razem.
  • Przyjrzenie się symbolom oddzielnie. Co znaczy dla nas osobiście pies, wieżowiec, policja czy co tam nam się przyśniło? Jakie jest najprostsze znaczenie tego symbolu w naszej kulturze? W snach często występują symbole przedstawiające naszą ciemną stronę, naszą emocjonalność, seksualność, nasze słabości, nieprzeżyte emocje, ukryte marzenia, dlatego że to jest to, co najbardziej tłumimy w życiu zewnętrznym. Czasem sobie myślę, że to dlatego ludzie nie lubią interpretować snów – nie podoba im się to, czego mogliby się dowiedzieć, wolą myśleć, że te obrazy nic nie znaczą.
  • Odnalezienie ogólnego przesłania snu. Może właśnie to podsumowanie, dające się ująć w jednym zdaniu, niesie ze sobą naistotniejszą treść?
  • Przyjrzenie się własnemu życiu w tym akurat momencie. Czy możliwe jest, że w tym supertrudnym do rozwikłania śnie podświadomość trąbi nam do ucha wuwuzelą na temat czegoś, co jest widoczne jak na dłoni?
  • Jeżeli naprawdę nie rozumiemy snu, możemy jeszcze poprosić podświadomość o powtórzenie wiadomości i spodziewać się kolejnego snu. Naprawdę działa. Chociaż nie gwarantuję, że ten nowy sen będzie bardziej przejrzysty. A jak będziemy mieli pecha, to go zapomnimy.

Jak się wyćwiczysz, zaczniesz dostrzegać te znaczenia od razu po obudzeniu. Oczywiście będzie cała masa takich snów, które będą chodziły po głowie przez cały dzień, a i tak pozostaną nieczytelne. Nie sądzę też, żeby każda wiadomość była taką poważną sprawą, ostatecznie to, że dzień wcześniej obejrzeliśmy brutalny film i dlatego śniła nam się krew, może być najwyżej radą, żebyśmy dali głowie trochę odpocząć, bo poza flakami Nicolasa Cage’a chciałaby obejrzeć też czasem coś spokojnego, zielonego, jakieś drzewa, kwiaty, może jakiś spacer na łonie natury po pracy albo coś? Czasem trafi się jednak sen, którego przesłanie jest alarmujące. Pamiętajmy, że nasza podświadomość (instynkt, intuicja) wie pierwsza, kiedy pakujemy się w jakieś tarapaty, a potencjalnych zagrożeń mamy wokół siebie pełno. Najwięcej snów jest refleksyjnych. Poznajemy poprzez nie samych siebie, dowiadujemy się, czego pragniemy, czego się boimy, kim jesteśmy. Jeśli zależy nam na utrzymywaniu życiowej równowagi i rozwoju świadomości, to pożyteczne narzędzie. I jeszcze jedna okazja, żeby spędzić trochę czasu z naszym najlepszym przyjacielem od urodzenia, czyli z samym sobą 🙂

A dlaczego rozpisuję się tak obszernie na ten temat? Ostatnio gonię w piętkę z tym remontem, codziennie urywa mi głowę, na moich nerwach można grać jak na banjo, sytuacja kryzysowa trwa już od miesiąca, koniec dopiero majaczy na horyzoncie, a w moich snach zaczęła pojawiać się jakaś pyskata, tandetna blondyna uprawiająca sporty ekstremalne, co sen to inne. Skacze na spadochronie, jeździ na snowboardzie, kumpluje się z moimi znajomymi, a w pewnym momencie zawsze okazuje mi otwartą wrogość, zaczyna wygarniać, jak mnie nie znosi i za co dokładnie. Mam wtedy uczucie, jakbym od dawna ją znała, nie jestem zaskoczona tą wiązanką i mam ją trochę gdzieś. To mój odwieczny lęk przed ryzykiem, wyzwaniami, przekonanie, że nie można ich polubić. Może to zachęta do walki? Sporo sobie rozmyślam nad tymi snami i właśnie to mnie zainspirowało. Może powinnam się zaprzyjaźnić z tą wredną dziewuchą.

Z głębin podświadomości specjalnie dla Państwa mówiła Dorota Dotee. Do zobaczenia w następnym odcinku.

Sauna z gołym tyłkiem

Dziś perwersyjnie i prowokacyjnie opowiem wszystkim w internecie o tym, jak to saunowałam ostatnio bez majtek. Mało tego – to nie wydarzyło się jeden raz. To mój cotygodniowy rytuał od kilku lat. A gdy na dworze zimno, jesiennie i melancholijnie, wtedy to wręcz podstawa dobrego samopoczucia, magiczny trik, który szary i deszczowy dzień przemienia w cieplutką i przytulną okazję do relaksu.

Sauna daje regularnie korzystającym z jej uroków szereg istotnych korzyści, ale w oczach społeczeństwa stanowi przybytek demoralizacji. Tym bardziej, że często jest koedukacyjna. Widuję przerażenie w oczach niektórych znajomych, powiadamianych przeze mnie, że owszem, bywam i to regularnie. Takie zwątpienie: ale naprawdę? Jak ty dajesz radę? Przecież to takie… obleśne. Jacy ludzie muszą chodzić do takiej sauny? Chyba sami zwyrodnialcy i bezwstydnicy. I rozbierasz się tam przed nimi? Ja bym nie mogła, przed tymi wszystkimi starymi dziadami. / Mnie to na pewno od razu by stanął na widok tych wszystkich nagich piękności. Ale nie można w kostiumie?

Sama uważałam, że to jakaś mocno podejrzana kwestia! Aż nie poszłam. W ramach rozrywki i na zasadzie: czego by tu nowego spróbować? No i się naoglądałam: ciała młode, stare, szczupłe, grube, jędrne, obwisłe. Leżące, siedzące, zwisające z desek sauny w całkowitym rozluźnieniu niczym różowe leniwce. A wszyscy kompletnie aseksualni! Przez ponad dwa lata regularnego chodzenia nie spotkałam się z ani jednym przypadkiem widocznego pobudzenia seksualnego (co byłoby trudne do ukrycia). Nie widziałam też żadnych prowokatorek z rozchylonymi udami, których chyba należałoby oczekiwać w miejscu o podobnych standardach moralnych. Było za to kilka zwracających na siebie uwagę wstydnisi, próbujących wejść w ręczniku do jacuzzi. Ale to już wina naszej kultury. Cóż ja poradzę, że urodziłam się w Polsce, a nie na ten przykład Skandynawii? Swoją drogą dobrze, że przynajmniej w Polsce, a nie w Indiach, gdzie krępacja osiąga takie rozmiary, że nawet ich prostytutki nigdy nie rozbierają się do naga, a co dopiero normalni ludzie. Co kraj, to obyczaj, ale czy musimy powielać akurat obyczaje oparte na wstydzie i wyrzutach z powodu posiadania ciała?

Nadmienię też, że koszmar, polegający na spotkaniu swojego szefa, pracownika, wujka, szwagra lub teściowej, który wszyscy wymieniają jako argument przeciw publicznemu obnażaniu się na saunach czy plażach nudystów, jeszcze nigdy się u mnie nie ziścił. Mam wśród znajomych osoby, które bywają na tej samej saunie, ale najczęściej się mijamy. Po tych wszystkich wizytach nie sądzę, żebym miała specjalny problem z jakimś niespodziewanym spotkaniem. Jakoś tak nabiera się naturalności i przestaje zwracać uwagę na fakt braku ubrań. Po prostu to jest istotne i gorszące tylko dla tych, którzy nie byli, a coś słyszeli.

Po co wobec tego chodzić do sauny, jeśli nie z przyczyn ekshibicjonistycznych? Jeśli ktoś przegapił fakt pojawienia się wyszukiwarek internetowych lub chce się tego dowiedzieć za moim pośrednictwem, z przyjemnością opowiem. Sauna pomaga w usuwaniu wszelkich odpadów przemiany materii, toksyn i zanieczyszczeń. Dzięki podniesieniu temperatury ciała wybija wszelkie potencjalne źródła infekcji, zwiększa produkcję przeciwciał i co za tym idzie odporność, poprawia krążenie i ukrwienie narządów wewnętrznych, wspomaga odchudzanie i regenerację mięśni po wysiłku. Działa antystresowo i antydepresyjnie, wspaniale relaksuje umysł. W tej temperaturze myśli rozpływają się tak samo jak ciało. Panuje nastrój oderwania, czasem wręcz medytacji, co jest wtedy bardzo ułatwione. Oczywiście pod warunkiem, że nie trafi się hałaśliwe towarzystwo, traktujące saunę jako jeszcze jedną okazję do pogadania o ostatnim grillu na działce. Ja ostatnio widziałam pana siedzącego w asanie znanej z jogi:)

Bardzo istotna do aktywacji tych wszystkich zdrowotnych cudów jest ta cała mordercza balia z lodowatą wodą, do której pakujemy się po zakończeniu pobytu w piekarniku (i koniecznie opłukaniu się pod prysznicem!). Bez niej to naprawdę nie to samo. Trzeba się trochę przemóc, ale po tej wanience ciało jest po prostu jak nowe, zresztą jest to jedna z wielu rzeczy, których nie da się opisać słowami i warto tego po prostu doświadczyć. Bardzo polecam też wyjście z sauny wprost na siarczysty mróz i nacieranie śniegiem, kosmiczne uczucie, do mrozów jeszcze trochę czasu, akurat w sam raz tyle, żeby się psychicznie nastawić.

Podobnie, jak warto udać się na seans naparzania, czyli saunowania w wersji hardcore, z zapachowymi olejkami i przenikającymi ciało falami piekielnie gorącego powietrza, rozdmuchiwanego przez saunamajstra machającego ręcznikiem z nierzadko wręcz artystycznym kunsztem. Przy czym to, jaki będzie to rytuał, zależy już od obiektu. Na łódzkiej Fali naparzania są swobodne, tłoczne i zabawnie przaśne (najczęściej jest konkurs na najbardziej świński kawał). W czeladzkim Pałacu Saturna można wziąć udział na przykład w naparzaniu przy akompaniamencie dźwięków mis tybetańskich lub z solnym peelingiem o zapachu melona. MIAZGA. Nie wspominałam, że zamierzam zostać turystką saunową? No, to wspominam. Następny w kolejce chyba Wrocław.

A czy można w kostiumie? Ustalmy jedną rzecz: Do sauny nie chodzi się po to, żeby ładnie wyglądać niczym z ulotki ośrodka SPA, ani żeby poczuć wielkomiejski sznyt, tylko żeby porządnie się wypocić i zahartować. Dolne partie ciała, przeważnie skrywane pod kostiumem, pocą się bardzo intensywnie. Wyobraźmy sobie, że to wszystko wsiąka w kostium. Później w tym kostiumie dla schłodzenia moczymy tyłek w wanience z zimną wodą, w której wcześniej moczyło się kilkadziesiąt innych kostiumów, co z tego, że opłukanych pod prysznicem. Trzeba byłoby je chyba co pięć minut wyprać. Z taką apetyczną porcją różnego rodzaju bakterii idziemy znów zasiąść w saunie. Wilgotne gacie parują, urozmaicając atmosferę pomieszczenia o nowe, ciekawe składniki, na przykład chlor lub amoniak. Dlatego w gaciowych saunach jest zawsze tak dziwnie duszno. Pot ma skład w dużej mierze podobny do moczu. Przypomnij to sobie, kiedy następnym razem przyjdzie Ci do głowy saunować w kąpielówkach i pomyśl, jak wtedy muszą czuć się Twoje uwięzione w poliestrowej pułapce części niesforne:)

Gorąco pozdrawiam wszystkich zagorzałych saunowiczów!

 

Skarby z mojej mptrójki

Dzień taki jakiś niemrawy, coś musi być z ciśnieniem, a jak na złość na każdym kroku wyskakuje tysiąc różnych naprawdę ważnych i pilnych spraw do zrobienia. Głównie stresująco-remontowych i denerwująco-zawodowych. W dni takie jak ten włącza mi się maruda jak na zawołanie. Postanowiłam więc rozchmurzyć się odrobiną muzyki.

Mój odtwarzacz mp3, od lat ten sam, dzielnie jeździ ze mną wszędzie, choć bateria trochę mu niedomaga, ma za to nowe słuchawki, bo takich, które w mojej torebce przeżyją więcej niż 1-2 lata jeszcze nie wynaleziono.

Powiedz mi, co masz na mptrójce, a powiem Ci, kim jesteś?
Z chęcią dowiem się, w jaki sposób charakteryzuje mnie następujący zestaw:

Bonobo – Days to come

Cała twórczość Bonobo to taka leniwa, lejąca się jak syrop klonowy, a jednocześnie brudna, zgrzytliwa i piaszczysta muzyka na długie spacery czy podróże autobusem. Ma to, co lubię, czyli dobre kompozycje i melodie. Feeling leśnego chilloutu udekorowanego kwiatami, umieszczonego w jakiejś starej fabryce. I od czasu do czasu zaskakujące rozwinięcie kawałka, który zupełnie inaczej się zapowiadał. Mam też nowy album Bonobo, ale jeszcze za dobrze się z nim nie zapoznałam, wiec trudno o recenzję. Ten musi wystarczyć. Bardzo smaczny kąsek.
Będę wklejać całe albumy lub pojedyncze utwory, w zależności od tego, co jest dostępne:

 

High Contrast – Essential Mix 2007

Dźwięki drum’n’bassu nieodmiennie wywoływały mój entuzjazm, odkąd zaczęłam chodzić na jakiekolwiek imprezy, chociaż przez lata moje uszy wielbiły raczej cięższe, mechaniczne jego odmiany. Obecnie mi odbiło na stare lata i choć nie pogardzę porządnym techstepem wiercącym dziury w piekle, to doceniam też lekkostrawne, energetyczne dramiki rodem z Hospitala, idealne do furki w trasę lub na poranne tańce przed pracą. Wiem, że każdy tru dramenbejsiarz mnie za to zjedzie, raz już zostałam za to skrytykowana przez internet, a to, wiadomo, poważna sprawa, strasznie się przejęłam i przez tydzień nic nie jadłam. Na szczęście już od dawna nie jestem czarnowłosą dziewuchą zasuwającą po mieście z saszetą i w czarnych podkolanówkach, więc wybaczcie, ale mam to w poważaniu, ten set katuję chyba najczęściej, chociaż znam już każdy sampel.

 

DJ ’95 Style vs DJ Mystic, DJ Notty Noiz & MC Komet – Live @ Nocny Trans ’05 🙂

Tak naprawdę muzyka z tego setu – soczysty happy hardcore – nie pochodzi wcale z 2005 roku, tylko z końca lat dziewięćdziesiątych, w dodatku żaden normalny człowiek nigdy jej nie słyszał poza mieszkańcami Londynu i nie wiedzieć czemu garstką maniaków z Łodzi i Torunia. Nie grają jej już na żadnych łódzkich baletach, chyba, że grają, a ja o tym nic nie wiem, co nie jest wykluczone. A co robi na mojej mptrójce? To, że jakiś czas temu intensywnie udzielałam się na forum Nocnego Transu i w społeczności związanej z tą audycją, żyłam tym w jakiś sposób, byłam w Radiu Łódź kiedy ten set powstawał i budzi on moje nostalgiczne wspomnienie takiego niewinnego, może naiwnego okresu w moim życiu, który odszedł w niebyt i mogę go sobie ewentualnie czasem powspominać.

{tutaj link pojawi się może później – musiałabym wrzucić to sama na youtube, bo nie ma. Ale może się o to pokuszę}

 

Koop – Waltz for Koop – Alternative takes

Lubię, kiedy jakaś moja znajoma czy znajomy dosiadają się do mojego folderu z muzyką, bo zawsze odkryją coś, co zalegało latami w ciemnych czeluściach mojego dysku, kompletnie przeze mnie niedoceniane. Tak też było z tym albumem. Cała muza Koop’a (tak dwuznacznie się nazywa: czego słuchasz? KUPA. Coś jak lumpeksy Fart, tylko że w drugą stronę) to zbiór misternie skonstruowanych arcydzieł i raju dla moich uszu, spragnionych skomplikowanych aranżacji i dobrych pomysłów. Znajdzie się i jazz, i house, i połamane rytmy, w remiksach różnych twórców. Bardzo inspirujący jest ten album. Całą muzykę artysty Koop:) polecam wszystkim miłośnikom niebanalnych, nieoczywistych i nienudzących się szybko dźwięków.

 

Kult – różne luźne kawałki

Kazik ma twarz, jakby przejechał po nim czołg albo stado pędzących kombinerek, ale jego charyzma sprawia, że nawet w obecnym wieku uważam go za przystojnego faceta i wprost uwielbiam jego zmysł artystyczny i poczucie humoru. Miałam przyjemność gościć w łódzkiej Wytwórni na tegorocznym koncercie unplugged i zaiste podobało mi się. Wybrałam sobie kilka starych kawałków Kultu, żeby jarać się zawartymi w nich tekstami i nie tylko – bo warstwą muzyczną też. To też trochę portret minionej Polski, a jednocześnie wciąż współczesnych Polaków, którzy aż tak się nie zmienili. A trochę po prostu swojskie wygłupy.

 

Zero 7 – Simple things

To mój najukochańszy album downtempo, którym mogę się zachwycać, chociażby i wyszedł mi bokiem z każdej strony (tak właśnie jest. Nie mogę już go słuchać, ale wciąż się zachwycam). Wszystkie dźwięki są poukładane we właściwym porządku, kolejno rozkwitają, zabierają cię w podróż, wprawiają w nastrój rozmarzenia. Na dzisiejszą aurę jak znalazł. Wiadomo, kwestia gustu, ale ja więcej nie potrzebuję. Inne albumy Zero 7 też lubię – każdy jest inny – ale ten pozostanie na mojej liście top 10 ever, lub inaczej – znajdzie się na niej, jeśli taka lista powstanie, bo strasznie byłoby to trudne, tyle jest pięknej muzyki.

 

I to wszystko, koniec i bomba, kto słuchał, ten trąba! Mam nadzieję, że dostarczyłam komuś rozrywki, bo sobie bardzo.

Zostawić melanż

*melanż (fr. mélange) – mieszanka, miks; w młodzieżowym rozumieniu chodzi o weekendową mieszankę różnego rodzaju używek, sprawiającą, że prędzej czy później (im prędzej, tym lepiej) siedzisz z miną jak Zjarany Zbyszek i mówisz: „haaaa… ale faza”, później nieuchronnie demolujesz koledze prysznic przy okazji rozbijając lustro, ewentualnie spadasz z kibla i nie możesz się podnieść, więc puszczasz pawia i zasypiasz.

Jak niedawno czytałam, spośród różnych sposobów picia alkoholu obecnie najmodniejszy jest tak zwany binge drinking, polegający na intensywnym przyjmowaniu dużych ilości wódki i substancji pobocznych przez jeden lub dwa dni weekendu w celu kompletnej utraty świadomości.
Czyli jeżeli pijesz trzy piwa w sobotni wieczór i zapalasz jednego jointa, to nie jest żaden melanż, a Ty jesteś passe i zachowujesz się, jakbyś miał siedemdziesiąt lat.

Każdy będący w temacie imprezowicz orientuje się, że tydzień ma dość typowy przebieg wydarzeń:

Czwartek

Czujesz się dobrze. Jesteś zaaferowany tym, że jutro piątek. Wiadomo, jeszcze praca, ale już taka czwartkowa. Szukasz ciekawych wydarzeń na fejsie. Może nawet znajdzie się czas na małe piweczko wieczorem, w gronie przyjaciół.
Wydatki: hot dog w pracy – 5 zł, dwa piwka – 14 zł, papierosy – 12 zł. Razem 31 zł.

Piątek

Czujesz się wspaniale. Trzeba tylko wytrzymać do określonej godziny i w końcu PIĄTECZEK! Nie musisz już aż przez kilka dni wykonywać swojej znienawidzonej pracy! Możesz w końcu zrobić, co zechcesz. Czyli się zmasakrować. Pierwsze piweczko otwierasz od razu po przyjściu do domu albo jeszcze w drodze. Zawodnicy bardziej subtelni otworzą je dopiero na domówce, biforze, murku, fontannie lub nawet w klubie, jeżeli mamy styl na bogato albo słabą głowę. Ze wszystkimi znajomymi napotkanymi po drodze witamy się i od razu żegnamy, bo już zaraz nie będziemy nic pamiętać (to nie moje, ale boskie, kiedyś się nieźle się z tego uśmiałam w internetach:)) Jest wspaniale, browar się leje, kobiety dookoła, stary co się dzieje! Dużo śmiechu, wspinania się na wyżyny absurdu i tylko ten trzeźwy kolega, który nie wiadomo po co tu siedzi i lepiej niech już sobie idzie, ma coraz bardziej nietęgą minę. Można ewentualnie zmienić lokal na taki z lepszą muzą, dokupić jeszcze alko i cieszyć się jazdą na całego. Parkiet wciąga. Kto nie ma siły, niech się wspomaga. Mnożą się pamiętne chwile, których nikt nie zapamięta, bo każdy już od dawna ma blackout. W końcu piąteczek swobodnie i leniwie przeradza się w sobotę rano. Wtedy jedni podejmują decyzję o przedłużeniu imprezy o afterparty, inni jadą do domu, niektórzy przepadają gdzieś po drodze z nowo poznaną laską, której imię zapamiętają tylko dlatego, że ma je wytatuowane na tyłku.
Wydatki: dwa piwa – 10 zł, zrzuta na flaszkę – 10 zł, kolejne piwa – 20 zł, papierosy – 12 zł, taksówka po mieście – 15 zł, wjazd na imprezę – 10 zł, sztuka palenia na pół – 15 zł, składka na sztukę jakiegoś proszku, sprzedawanego jako mefka – 20 zł, kolejna wódka – 10 zł, taksówka na after 20 zł. Razem 123 zł.

Sobota

Opcja dla prawdziwych imprezowiczów: jedziemy po nową gorzałę i na kwadrat. Nikt już od dawna nie chce wiedzieć, jak wygląda ani słyszeć, co sam mówi. Na środku chaty siedzą dwie zgarnięte nie wiadomo skąd nieznajome panny z makijażem rozmazanym na pół twarzy i dyskutują o tym, czym różni się pies od kota. Tutejszy kot nota bene dawno już popełnił samobójstwo. W pokoju jest ciemno jak w dupie, bo goście mają światłowstręt. Powietrze można rąbać siekierą, a wszyscy leżą i unoszą się w niebycie, podtrzymując atmosferę dawkowanymi regularnie kielonkami i puszczaną głośną muzyką oraz nonsensownymi filmikami z Youtube, które wywołują zbiorowe ataki histerycznego śmiechu. Nagle do kogoś dzwoni mama, czy robić mu kolację, a przy okazji okazuje się, że jest osiemnasta. Wtedy jedni podejmują decyzję o odejściu na kolejne okrążenie, no, ewentualnie po krótkiej drzemce. Inni jadą dogorywać.
Wydatki: trzy piwa – 10 zł, flaszka tradycyjnie do podziału – 10 zł, pizza do podziału – 10 zł, czwarte i piąte piwo – 6 zł. Razem 36 zł.

Niedziela

Dziś świat jest rzadki i przelewa się przez palce, czas nie istnieje, a Ty odsuwając napady lęku wkraczasz do domu na miękkich nogach i z marszu chowasz się pod kołdrę. Chyba, że siedzisz pod nią już od wczoraj. Tak czy inaczej przez cały dzień stamtąd nie wyjdziesz. Lepiej, żeby w pobliżu był telefon, z którego można zadzwonić po pizzę. Nastrój poprawiają też piwka i jakiś blancik. I dużo wody. Niestety jeżeli przypadkiem się zatrułeś, to przez cały dzień nic nie zjesz ani nie wypijesz. Zamiast tego poznasz smak najgłębiej skrywanych treści swojego żołądka. Albo smak kartonu i waty. Chwila, w której można przyjąć jakiś pokarm, jest jak błogosławieństwo.
Wydatki: taksówka do domu – 20 zł, trzy piwka – 9 zł, tanie fajki – 11 zł, pizza – 25 zł. Razem 54 zł.

Poniedziałek

Nie jest tak źle, jak się spodziewałeś. Jakoś udaje Ci się wstać do pracy. Zresztą każdy w firmie jest tak samo chwiejny i bezproduktywny, więc nie czujesz się osamotniony. Wszyscy chwalicie się przed sobą nawzajem, kto był na lepszej imprezie i opowiadacie sobie, kto co odjebał. Wieczorem idziesz na jakieś zajęcia fizyczne i saunę, żeby wyrzucić z siebie toksyny. Jeśli starczy siły, to jeszcze spacer. W głowie nie za ciekawie, po piętach depczą stare znajome demony, ale udaje ci się je przegonić.
Wydatki: sauna 25 zł.

Wtorek

Niestety jest gorzej, niż wczoraj. Mówi się o czarnym wtorku. Polega on na tym, że w poniedziałek jedziesz jeszcze na oparach z weekendu, a we wtorek organizm doświadcza pełni zniszczenia. Twardo wykonujesz swoje obowiązki, ale tak naprawdę przez cały dzień nie udaje ci się nic osiągnąć poza częściowym pozbieraniem się do kupy. Wieczorem siłownia albo inny solidny wycisk dla zabicia wyrzutów sumienia. Lista pilnych zadań na ten tydzień pokrywa się kurzem i wolisz nawet do niej nie zaglądać. Zdobywasz się za to na odwagę, by zajrzeć do portfela. Bilans: -280 zł. Życie jest ciężkie i boli.

Środa

Czujesz się już lepiej! W głowie trochę szumi, ale to przejdzie. Będziesz żyć. Może nawet nie wywalą cię z roboty. Jaka to ulga, wstać wypoczętym i w normalnym nastroju. Nareszcie możesz się na czymś skupić i nawet nadrobić trochę zaległości, aczkolwiek bez przesady, aż tyle pary to ty nie masz. No, może trochę posprzątasz, zrobisz pranie. Później trzeba się zrelaksować, więc spotykasz się ze znajomymi i spędzacie jakoś nietoksycznie czas. Dzięki temu masz pewność, że wszystko jest z tobą w porządku.
Wydatki: bilet do kina albo obiad w knajpie – 20 zł, fajki – 12 zł, jedno piwko – 7 zł.

Czwartek

Czujesz się dobrze. Jesteś zaaferowany tym, że jutro piątek. Wiadomo, jeszcze praca, ale już taka czwartkowa. Szukasz ciekawych wydarzeń na fejsie. Może nawet znajdzie się czas na małe piweczko wieczorem, w gronie przyjaciół.
Wydatki: hot dog w pracy – 5 zł, dwa piwka – 14 zł, papierosy – 12 zł. Razem 31 zł.

I tak dalej.

Gdy masz lat kilkanaście, jest to jak marzenie. Gdy dwadzieścia parę – codzienność. Gdy przekraczasz trzydziestkę, może nadejść chwila nieprzyjemnej refleksji, że żyjesz w ten sposób od ponad dziesięciu lat, ale niekoniecznie musisz się tym przejmować. Z tygodnia na tydzień niewiele się zmienia poza coraz cięższymi kacami, coraz chudszym portfelem i coraz dłuższą listą pilnych zadań, odkładanych na później. Jeżeli nie załapiesz po drodze żadnych stanów depresyjnych, ostrych psychoz i napadów lęku, nie wysiądzie ci wątroba ani nie wpadniesz w najzwyklejsze uzależnienie, to znaczy, że zaliczasz się do osób silnych i możesz pić dalej.

Dlaczego jest tak trudno zostawić takie życie? Mogę odpowiedzieć za siebie samą sprzed kilku lat.
Bo wtedy moje problemy dogoniłyby mnie i zjadły. Bo nieuchronnie musiałabym w końcu zapoznać się z listą zaległości i uświadomić sobie, że jestem w najczarniejszej dupie wszechświata. Może nawet okazałoby się, że w moim życiu jest do wymiany coś poważnego, jak praca, związek, mieszkanie czy znajomi. A to jest ogromny stres, dyskomfort i w ogóle dajcie mi święty spokój, ludzie pojebało was, ja wcale nie piszę się na żadne zmiany. Jestem, jaka jestem. Przecież to lubię, to właśnie mój niepowtarzalny styl, który mnie określa. To moi przyjaciele, wspaniali ludzie, połączeni przez wspólne szalone weekendy. Czy to źle, że akurat taki mamy ulubiony sposób spędzania czasu? A co mamy robić? Gapić się w telewizor, na program rozrywkowy z Krzysztofem Ibiszem udającym Marylę Rodowicz?

Oczywiście, można całymi dniami gapić się choćby i w sufit, rzewnie wspominając czasy błogiej najebki i kontemplując pustkę, jaka zapadła w twoim życiu po odrzuceniu substancji odurzających. Można też spisać sobie listę marzeń dla przeciwwagi do listy obowiązków. Zacząć w końcu robić w końcu wszystko to, co od dawna czeka na swoją kolej, korzystając z masy wolnego czasu i luźnych funduszy, których nie zostawiasz już na mieście. Kupić sobie w końcu ten rower, gitarę, piłkę do kosza, kamerę video czy bilet na samolot. Nauczyć się robić zdjęcia, tańczyć, mówić po portugalsku. Poznać trochę samego siebie, a może i jakieś inne osoby. Na pewno dałbyś radę dopisać do tej listy coś swojego. Właściwie wszystko można, bo i czemu nie? Życie ma wiele odcieni. Ten jeden – melanżowy – już znasz, a co z pozostałymi?

Tak refleksyjnie, przy piąteczku.

Jestem zwierzęciem

<czyli o łożysku i inne takie takie>

Jestem zwierzęciem.

Przeciętny czytelnik zinterpretuje te słowa mniej więcej tak: „Lubię wyuzdany seks”. Prawda?

A tymczasem nie o to chodzi! Jestem naprawdę zwierzęciem. Taką jakby małpą. Różnię się od małpy pulą genów, ale nie przesadzajmy, że aż tak bardzo.

Oczywiście mówię za siebie. Jeśli ktoś nie czuje się małpą tak bardzo jak ja, no to trudno, na szczęście nie ma obowiązku. Ale ja – to małpa. Nie zostałam wygnana z żadnego raju, podczas narodzin nie miałam na sobie grzechu pierworodnego. Miałam na sobie krew, wody płodowe i delikatny meszek, miałam też pępowinę, a wszystko wypisz wymaluj tak samo, jak kiedy rodzi się małe zwierzątko.

No, z tą różnicą, że zwierzę może zjeść swoje łożysko, jeśli chce, a kobieta? Jeszcze Matka Polka do tego? Gdyby tak oświadczyła w takim polskim szpitalu w małej miejscowości, że ma ochotę spożyć ze smakiem swoje odżywcze łożysko niczym Daenerys Targaryen serce konia? Chyba zamiast na salę porodową na sygnale pojechałaby do wariatkowa, nie wiem, czy nawet akcja „Rodzić po ludzku” obejmuje pozwolenie na takie posiłki, wątpię, bo to przecież nieludzkie.

Ludzkie jest na przykład: aplikowanie nowo narodzonemu osobnikowi toksycznej wieloskładnikowej bomby, jedzenie nie będąc głodnym pokarmów nie odżywiających, nieustanne przebywanie w polu rażenia wszelkiego rodzaju pól elektromagnetycznych, wszczepianie sobie pod skórę torebek wykonanych z pochodnych ropy naftowej. Myślę sobie po cichu, że nie potrzebujemy UFO, bo sami na sobie wykonujemy tyle eksperymentów, że praktycznie odwalamy za nich całą robotę. Wyślemy im tylko za dwieście lat wyniki i to wszystko.

Jako dziki zwierz, kieruję się instynktami. Kiedy jestem głodna, jem – kiedy nie jestem głodna, nie jem. Kiedy jestem zmęczona, odpoczywam. Mam ciało. Jest ono podstawą mojego ziemskiego bytu. Jest owłosione, produkuje wydzieliny, pachnie zwierzęciem, nieważne, jak bardzo bym się starała to zamaskować – i dobrze, bo ten zapach tak naprawdę uwielbiamy, nawet, jeśli temu zaprzeczamy. Jest piękne i dobre. Takie właśnie, jak powinno być. Nieustannie działa, otrzymuje i wysyła różne sygnały. Kiedy źle się dzieje – ono wie to pierwsze i wie to lepiej od umysłu. Jest zaopatrzone w intuicję, jak każde żeńskie ciało we wszechświecie. Potrafi rozpoznać przyjazne otoczenie i rozluźnić się, w obliczu zagrożenia zawsze będzie spięte i gotowe do walki. Poziom energii w nim cyklicznie wznosi się i opada. Co miesiąc osiąga szczyt wydajności fizycznej, intelektualnej i emocjonalnej, kiedy jest wspaniale silne, bystre i wytrzymałe; co miesiąc wchodzi w oczyszczającą fazę obumierania, po czym zaczyna swój cykl od nowa. Ten odwieczny naturalny rytm został przez naszą cywilizację zupełnie zagłuszony, zmieniony w jakąś niedyspozycję, niedogodność. Nasza zwierzęcość została zepchnięta pod ziemię, zdeptana, kazano nam wierzyć, że jesteśmy zrobieni z innej substancji, niż pozostałe ziemskie organizmy. Że ciało jest tylko powłoką. Moje ciało nie jest powłoką, pod spodem mam tylko więcej ciała i bebechów, a cała boskość, cała moja dusza jest wyrażona nie tylko w mojej kosmicznej inteligencji, ale też w mojej bydlęcej fizyczności.

Oczywiście nie ograniczam się do taplania w błocie i rycia nosem w ziemi w poszukiwaniu trufli. Korzystam też ze zdolności właściwych mojemu gatunkowi. Robię to, co tylko ludzkie zwierzę potrafi: śpiewam, gram, tańczę, czytam, piszę, zachwycam się i rozumiem. Albo próbuję zrozumieć. Zdolność zrozumienia jest najważniejszym, co gatunkowi homo sapiens przypadło w udziale. Niestety nie korzystamy z niej zbyt wiele. Powtarzamy za autorytetami, że należy żyć w taki albo inny sposób, pozwalamy, by rządziło nami pożądanie władzy, pieniędzy, seksu, pędzimy za poczuciem bezpieczeństwa, ulegamy pragnieniu komfortu i przyjemności, ale nie rozumiemy. Całe życie możemy przeżyć nie będąc świadomym, dlaczego postępujemy tak, a nie inaczej. Nie uczy się tego dzieci. Uczy się je mówić dziękuję i proszę. Nawet czytanie ze zrozumieniem to wyższa szkoła jazdy, a co dopiero oglądanie świata ze zrozumieniem! Widzenie go takim, jakim jest. Czytanie tego mojego posta nie przez pryzmat własnych poglądów, które mogą mówić na przykład: „co ona bredzi, do jasnej cholery!!” albo:” ma to jakiś sens, zgadzam się z tym!” Trudne, prawda? Tylko człowiek potrafi spojrzeć na siebie w trzeciej osobie, zdobyć dystans do własnego ego i zauważyć, że w danym momencie kieruje się własną pychą i żądzą kontroli, a w innym z kolei ulega własnej słabości, własnemu lękowi. Może też zrozumieć, że jest to zwykły ludzki błąd, i wybrać, żeby z tego zrezygnować. Wymaga to lat pracy nad sobą i wielu potknięć, ale kiedy już o tym wiesz, to wybór podążania w dalszym ciągu dawną ścieżką, bez patrzenia i widzenia, w letargu, w stanie wytresowania, automatycznego działania, wydaje się po prostu niewłaściwy.

Wszystkie problemy całego świata biorą się stąd, że jedno zwierzę nie zrozumiało drugiego i pogryzły się o kawałek kości, kawałek władzy, pieniędzy, seksu, pogryzły się ze strachu, z braku miłości, z braku refleksji. Będą się zawsze gryzły, bo po to mają zęby i pazury, nie tylko po to, by rozszarpywać pokarm, ale też siebie na strzępy. Ale każdy pojedynczy człowiek, który widzi i rozumie, robi różnicę. Nasz gatunek nazwany został człowiekiem rozumnym. Do czegoś nas to zobowiązuje, tak czy nie?:)