Rozpuszczona jak dziadowski bicz

Jak to jest, że jedni harują w pocie czoła przez całe życie i nic z tego nie mają, nawet pierdnięcia wdzięczności ze strony świata, a inni w tym czasie wydają się nie przemęczać i tak po prostu dostają wszystko, czego sobie zapragną? Czy ci drudzy zaprzedali duszę diabłu i sczezną w piekle?

W naszej kulturze funkcjonuje niszczycielski wirus, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Od dziecka jesteśmy uczeni skąpstwa wobec samych siebie. Słyszymy, żeby nie cackać się ze sobą, że starczy tego dobrego, że trzeba być grzecznym i skromnym, wydzielamy sobie przyjemności po kawałku, nie za dużo, a na osoby, które mają więcej od nas, przeważnie tego, o czym my możemy najwyżej pomarzyć, patrzymy jak na egocentryków, którzy swoje zadowolenie z pewnością zbudowali na cudzym nieszczęściu, jeśli w ogóle nie na grabieży, rozbojach i rzezi niewiniątek. Przemykające od czasu do czasu myśli, że my też byśmy chcieli czegoś dla siebie, traktujemy jako przejaw egoizmu, chciwości i natychmiast zaczynamy klepać zdrowaśki albo, w przypadku bezbożników, malować płonące pentagramy na podłodze, by oddalić od siebie marzenia o dobrym życiu. Dobre życie – to nie jakieś fiu bździu, tylko masa wyrzeczeń i ciężka praca, zapamiętaj, synku. Jeszcze wspomnisz moje słowa.

Nasłuchasz się tego w dzieciństwie i później przez życie idziesz w ciągłym stanie niedopieszczenia. Masz nadzieję, a wręcz oczekujesz, że nasz partner czy partnerka da ci to, czego nie dostałeś od rodziców, a później, że dadzą ci to twoje dzieci. Rzecz jasna dostaniesz od nich figę z makiem. I to nie dlatego, że trafiły ci się wyrodne dzieci i partner idiota. Dziecko i partner mogą dosłownie wypruć sobie flaki, ale to będzie mało. A dlaczego? Uwaga, zdradzam jeden z podstawowych sekretów wszechświata, godny nagrody imienia Paulo Coelho:

Nie chodzi o dostawanie. Chodzi o branie.

Tak mi dobrze poszło, że jeszcze zdradzę sekret numer dwa:

Życie to nie handel wymienny. Od spełniania Twoich marzeń nie są inni, tylko Ty. To Ty masz sobie dać to wszystko, czego chcesz. I oczywiście od samego siebie to przyjąć.

Z przyjmowaniem powstaje problem. Bo nie przystoi, bo za dużo, nie zasłużyłeś. Tak, jakby innym miało zabraknąć, ponieważ ty to wziąłeś. Co, jeśli świat to nie gigantyczna kolejka po ostatnią paróweczkę w epoce PRL? Jeśli dla każdego wystarczy? Wtedy by wychodziło na to, że twoje odmawianie sobie wszystkiego jest bez sensu.

No pewnie, powiesz, że byś sobie kupił to i tamto, ale nie masz na to kasy. Po prostu nie masz. A tamten jest bogaty, no to ma. On może, ty nie.
Chwilunia – czy to nie jest dokładnie to samo, co przed chwilą? Stawianie się w pozycji ofiary, której nic nigdy nie przypadło w udziale, więc z grymasem cierpienia na twarzy znosi swój przebrzydły los? Kto powiedział, że trzeba mieć pieniądze, żeby być bogatym? Od jakiego rzędu zarobków zaczyna się dostatnie życie? Dla każdego ta kwota będzie inna. Spytaj jakiegoś Hindusa mieszkającego na ulicy. A no tak! Sorry, zapomniałam. Nie możesz, bo tacy Hindusi nie siedzą w internecie. Ty siedzisz. Jakoś cię stać na taki przejaw obrzydliwego luksusu. Ale przecież nie masz kasy.

Obfitość a pieniądze to dwie różne sprawy. Za pieniądze kupisz sobie twierdzę ze złota, obwarujesz się przedmiotami, ale twoje życie stanie się pełne obfitości dopiero, kiedy wyjdziesz na dwór, możesz nie brać ze sobą nawet portfela, a już na pewno nie bierz telefonu, i zobaczysz, ile na świecie jest cudowności, które są dla ciebie za darmo lub za zupełnie niedrogo.

Jaki był twój przysmak z dzieciństwa? Leniwe pierogi, knedle z truskawkami? Kiedy to ostatnio jadłeś? Wiesz, ile kosztuje pół kilo twarogu? Stać cię.
Co masz najładniejszego w szafie? Tę wyrąbaną w kosmos sukienkę, którą miałaś raz na sobie? Załóż ją zupełnie bez okazji. Wcześniej zrób sobie domowe spa, też bez okazji. Wysmaruj się wszystkimi mazidłami, jakie masz, przy okazji zrobisz w końcu trochę miejsca w łazience. Stać cię.
Jaką lubisz muzykę? Słuchaj jej codziennie, słuchaj dużo muzyki, czytaj dużo książek, chodź na spacery i spotykaj się z fajnymi ludźmi. Zobacz, jak jest pięknie na dworze, idź pobiegać albo usiądź w jakimś malowniczym miejscu i patrz na świat wokół Ciebie. Nie szczędź sobie takich prostych przyjemności. Może cię nie stać?
Prezenty tego typu mogą być małe albo czasem nawet trochę większe. Pamiętasz te wakacje pod namiotem czy tam domkiem letniskowym, kiedy byłeś taki szczęśliwy, bo łowiłeś ryby z tatą? Myślisz, że weekend na polu campingowym nad najbliższym zalewem – albo nawet trochę dalszym – wymaga specjalnego planowania i brania kredytu? Ktoś ci każe wydać na to wszystkie oszczędności? Możesz pojechać, jeśli chcesz. Stać cię.

Stać cię na to, żeby dawać sobie prezenty cały czas i uważaj teraz: nie jest to żaden grzech ani przestępstwo. Świat jest tutaj właśnie po to i jedyne, co masz zrobić to wysilić się, żeby to sobie wziąć. Całe życie żyć w tak obfitym świecie i z tego nie korzystać – czy nie jest to czystym marnotrawstwem? Nie urodziłeś się po to, żeby lizać lizaki przez szybę.

Nie tylko cię na to stać. Ciebie nie stać na odmawianie sobie tego.
Nie stać cię na to, żeby w nieskończoność głodzić to dziecko w tobie, które latami czeka, aż los hojnie je obdaruje, i po drodze wyhodowało już sobie zmarszczkę na czole. To nie los, ale TY jesteś odpowiedzialny za to, czym je obdarowujesz. Daj mu jeść w końcu, na litość boską.

I nie marudź, że cały czas pracujesz, a później nie masz siły. Musisz tak wyprztykiwać się dzień w dzień z siły? Masz prawo odpocząć i masz prawo walczyć o to prawo. Dlaczego traktujesz samego siebie w taki sposób? A może jest coś, co sprawia, że wygodniej jest ci akceptować nędzny stan rzeczy, niż zadbać o jego poprawę?

Paradoksalnie w opinii publicznej cieszenie się leżeniem na łące w słoneczny dzień, w czasie kiedy mógłbyś harować jak dziki osioł, tak samo jak cieszenie się, że masz nowy ciuch z lumpa za 3 zł albo upolowałeś świeże warzywa na targu, to jest zadowalanie się byle czym. Tak, jakby porządne marzenia zaczynały się od czterocyfrowej kwoty, a można je byłoby realizować tylko wyrzekając się szczęścia. Co to za marzenia w takim razie? Masochistyczne jakieś? A może lepiej wyrzekać się szczęścia w imię spełniania wyłącznie cudzych marzeń, zamiast swoich? Oj, głęboko mamy wdrukowany ten stereotyp, że ktoś, kto sam siebie dopieszcza, to jakiś godny potępienia narcyz, leniwy bumelant i niepoważny dzieciak, a prawdziwą cnotą jest pokorne przyjęcie na grzbiet ciężaru egzystencji i kroczenie z nią przez życie niczym objuczony wielbłąd. Bardzo pięknie nas ukształtowała nasza oparta na poczuciu winy kultura.

To jeszcze jedna rzecz, którą chciałam na zakończenie powiedzieć o sobie:

Jestem rozpuszczona, dopieszczona, doceniam drobne przyjemności i w ogóle się tego nie wstydzę 🙂
Czuję się hojnie obdarowana przez los, mimo, że nie mam w domu telewizora, a moja łazienka ma dwa metry kwadratowe.

Do napisania niniejszego wpisu zainspirowała mnie przeczytana i przerobiona od deski do deski „Droga Artysty” Julii Cameron, której innym razem być może poświęcę jeszcze osobny wpis, bo to nie książka, tylko prawdziwa rewolucja.
Pozdrawiam wszystkich bumelantów.
I oczywiście zapraszam do polemiki, jeśli ktoś pozwala sobie się ze mną nie zgodzić:)

Reklamy